środa, 24 grudnia 2008

Wesołych Świąt

Wigilia! Trudno wyobrazić sobie ten dzień bez Polskich zwyczajów. Całe szczęście, że możemy spędzić święta w ojczyźnie. Cieszę się, że zamiast belgijskiego indyka i ostryg na wigilijnym stole zagości barszcz, karp, kapusta i kutia. Dzisiaj nie czas na długie posty, ale obiecuję poprawę i nadrobienie grudniowych zaległości w pisaniu bloga... powiedzmy, do końca stycznia :)

Teraz najważniejsze:



Drodzy Czytelnicy,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia w imieniu swoim i Tobiasza (choć tego z nim nie uzgodniłem) życzę Wam zdrowych, spokojnych i pełnych rodzinnego ciepła świąt. Niech w tym czasie ogarnia Was radość z narodzenia Bożej Dzieciny i spotkań z bliskimi.

wtorek, 16 grudnia 2008

odyseja belgijska

Ta podróż miała być o wiele łatwiejsza niż przyjazd autokarem z Wrocławia do Gandawy. Dojechać na lotnisko, a potem tylko wejść w samolot, by po półtorej godziny znaleźć się już we Wrocławiu. Nie będzie się czuło tego dystansu, tak krótki czas, że nawet nie warto brać prowiantu na drogę. Ja tam wziąłem dwie kanapki z serkiem, ale Marta z Gosią jechały cały dzień jedynie na lekkim śniadaniu. Przecież już za parę godzin zjemy obfitą kolację w domku.

Na początku wszystko szło planowo. Dojazd przez Brukselę do Charleroi a stamtąd na lotnisko odbył się bez większych przygód. Na lotnisku tradycyjne przepakowywanie bagaży, żeby się zmieścić 15 kg. Kontrola osobista to taki punkt, po którym się mówi: „uff!”, bo teraz nic już nam nie mogą zrobić. Zaraz po tej kontroli usłyszałem słowa, które wzbudziły niepokój: „Co mam zrobić, jeśli odwołali mój lot do Wrocławia”. NIEDOWIERZANIE, ale upewniam się, że czarny scenariusz się sprawdza. Z głośnika dochodzi komunikat, w którym wymieniają siedem lotów, które są odwołane z powodu mgły. Jak to można tak po prostu odwołać lot? Ja rozumiem, że musimy czekać 2-3 godziny, ale tak w ogóle odwołać. Za dwie godziny miałem być we Wrocławiu ale wiem, że na pewno nie będę. Nie wiem co będzie. ZAMIESZANIE, wzajemne pytanie się pasażerów: co teraz? Wiemy, że mamy się teraz ustawić w długaśnej kolejce (która wygląda tak, jakby się w ogóle nie poruszała) i tam nam powiedzą, co możemy teraz zrobić. W kolejce próbujemy się zorientować, co i jak. Nie wiemy nic konkretnego, tzn. słyszymy kilka sprzecznych ze sobą plotek. Wiele telefonów do bliskich w Polsce, by znaleźli nam jakieś inne połączenia – sposób na wydostanie się stąd. Po dłuższym czasie udaje mi się zauważyć panią w pomarańczowej kamizelce, która wygląda na kompetentną pracowniczkę lotniska. Po jeszcze dłuższym czasie udaje mi się od niej dowiedzieć, jak sprawy wyglądają . Dodatkowe koszty (średniej klasy hotel, taksówka) zostaną zwrócone, jeśli zdecydujemy się, mimo to, wrócić Ryanairem. Najbliższy lot, na który są miejsca, jest w niedzielę. A był poniedziałek. Czyli czekać 6 dni. A jak w niedzielę też będzie mgła, to co? Jeśli wrócimy na inny sposób (inna linia, autobus) to jedynie zwrócą nam pieniądze za bilet. Cena biletu jest typu: 0zl+opłaty, więc majątku nie zdobędziemy. Dla przewoźnika odwołanie lotu to nie jest wielka strata. Większa na pewno dla czekających tam ludzi. Wtedy myślałem, że tą notkę rozpocznę słowami: „Uprzejmie pragnę zniesławić Tanią Linię Lotniczą Ryanair...” Bo co można zrobić? NIEMOC. Wina lotniska, że nie mają nawigacji przeciwmgielnej (to w ogóle jest skandal, że na nowym lotnisku, w tak cywilizowanym kraju jakim jest Belgia, w którym pogoda jest podobna do angielskiej, czyli mgły bywają nierzadko, nie potrafią sobie poradzić z mgłą), ale czemu Wizzair z tego lotniska wyleciał? Fakt, że z opóźnieniem, ale wyleciał. A jeśli Ryanair nie mógł, to czemu nie zamówił autobusu, który nas zawiezie – jeśli nie na miejsce, to chociaż – na inne lotnisko, skąd już można latać. Albo czemu nie podstawili zastępczego samolotu następnego dnia rano. Po głowie chodziła mi wtedy piosenka http://www.youtube.com/watch?v=e9hpdinTTG8, którą ta firma zaczęła ostatnio puszczać podczas swoich lotów: „Let’s fly, let’s fly, fly fly Ryanair”. No właśnie: leć! A jak nie potrafisz, to daj sobie spokój z lataniem!

Dobrze, że byliśmy w grupie i wspólnie można było pokonywać te trudności. Bliscy dziewczyn znaleźli połączenie autobusowe z Brukseli, kupili nam bilet i przesłali mapę z opisem jak tam dojechać. WDZIĘCZNOŚĆ im za to. Wracamy do Brukseli i tam pokonujemy 2km by dość na miejsce parkingu. Później się okaże, że gdybyśmy wysiedli na następnej stacji, musielibyśmy przejść jedynie 50 metrów. Jesteśmy na przystanku i poznajemy jeszcze kilka osób z tego felernego lotu, które planują wrócić tym samym busem. My już za bilet zapłaciliśmy, inni zarezerwowali, a inny będą próbować się tak o wbić. Odetchniemy, jak już usiądziemy w tym autokarze. Póki co - czekamy. Wiemy, że bus ma godzinę opóźnienia. Jest ZIMNO. Wiem, że mogło być gorzej, mógł lać deszcz i być większy mróz, ale bez tego wszyscy, z zimna, przeskakują z nogi na nogę. Po półtorej godziny stania ktoś zadzwonił do biura i dowiadujemy się, że autobus będzie miał kolejne trzy, minimum dwie godziny spóźnienia. Fizycznie niemożliwe jest czekanie w takich warunkach tyle czasu. Idziemy - do pobliskiej knajpki na coś gorącego. Razem z nowo poznaną Dorotą rozmawiamy przy przyjemnej dla ucha muzyce i gorącej herbacie/kawie. Jest pozytywnie, nawet jakaś RADOŚĆ. Nastroje się poprawiły. Odwołany lot, spóźniony autobus. Będzie co opowiadać. Tyle złych rzeczy się wydarzyło, że teraz już musi być dobrze.

Po niecałych dwóch godzinach wracamy na przystanek. Czemu nikogo nie ma? NIEPOKÓJ. Pocieszamy się myślą, że na pewno przyszliśmy pierwsi i reszta zaraz dojdzie. Minuty mijają, a nikogo wciąż nie ma. Przez głowę przechodzą myśli, że autobus już przejechał, że wszyscy pojechali. Nie, nie może tak być. To by było zbyt tragiczne, żeby było prawdziwe. Czemu nie wzięliśmy numeru telefonu od żadnej z osób, której moglibyśmy się zapytać co się dzieje? Panie Boże, proszę Cię, żeby ten autobus jeszcze przyjechał. Jacyś ludzie idą. NADZIEJA... Nie, to przechodnie, bo bez plecaków. Spokojnie będzie dobrze. Ale już ponad kwadrans czekamy sami... Może tam idą te znajome dziewczyny? Czułem się jak spragniony na pustyni biegnący za fatamorganą. Tak! To one. Uff! Inni ludzie zaczynają się schodzić, więc przyjazd autobusu wkrótce staje się coraz bardziej prawdopodobny. Tak, jest! RADOŚĆ. Hurra! Weszliśmy. Nieważne, że w środku trochę śmierdzi, a towarzystwo wygląda nieciekawie. Ważne, że jedziemy.
Trochę po dwunastej, jeszcze w Belgii autokar stanął na parę minut pod jakimś chyba hotelem. Nie wiem po co, ale ktoś z pasażerów od razu krzyknął „darmowa noc w hotelu”. Nie, jedźmy. Nawet, gdybym miał się przespać w 4-gwiazdkowym hotelu, to ja wolę wracać już do domu. Dobrze jest, jedziemy. Stacja druga (2.30am) to była kontrola paszportowa (strefa Schengen). Potem był parking o godzinie 4.25am – idealna godzina na parking. Wyspałem się tej nocy, że hej. Ale ważne, że jadę. ZMĘCZENIE, ale RADOŚĆ, że w końcu dojeżdżamy do domu. Whooohooo!

niedziela, 14 grudnia 2008

UFO, czyli NOL

To co, napiszesz o tym UFO? - zapytał mnie dzisiaj Tobiasz.
Może coś napiszę...-odparłem, ale bez większego entuzjazmu.

"Jakie znów UFO?!" pomyślicie. Ano, najprawdziwsze. Zanim wyjaśnię, postaram się naszkicować krajobraz, w którym się pojawiło. Już tydzień wcześniej dziewczyny ostrzegały, żebym się przygotował, że cały weekend spędzę na Citroenstraat. Nie brałem tego do końca serio, ale skoro w piątek zaplanowana była impreza, przygotowałem się na nocleg u znajomych, bo z centrum trudno dostać się na Sint-Amandsberg, gdzie mieszkam.
Wieczór upłynął bardzo miło na rozmowach, słuchaniu muzyki i degustacji kolejnych gatunków piwa (Westmalle Trapist i Chimay, żadne nie przypadło mi do gustu). Później wybraliśmy się na podbój klubowej Overpoort Straat. Potwierdziły się nasze obserwacje. Belgowie nie potrafią się bawić przy muzyce. Tutejszy taniec w klubie składa się głównie z dyskretnych ruchów nóg, które skutkują lekkim kiwaniem się tułowia na boki lub do przodu (co jest potocznie nazywane w Polsce gibaniem się). Małe grupki znajomych stoją na parkiecie tworząc okręgi i rozmawiają. Wyłącznie przy wielkich hitach część imprezowiczów pozwala sobie na kilka podskoków, podniesione ręce i jakiś okrzyk. Nawet wtedy po 30 sekundach wracają do swojego ruchu podstawowego. Nasze kółko zdecydowanie się wyróżniało.
Po zdrowej porcji snu przywitaliśmy w kuchni nowy dzień.
Przyszła pora, by sprzedać butelki, które zajmowały już pół "ogrodu". Wystarczy napisać, że kaucja za butelki poważnie podreperowała nasz budżet na dzisiejszy obiad...

Ale, ale! Miało być przecież o UFO. To była dla mnie niemała niespodzianka. Sporo już zdjęć w życiu zrobiłem, ale UFO nie ustrzeliłem nigdy:

Zdjęcie w całości. Kto wytłumaczy czym jet ten Niezidentyfikowany Obiekt Latający?

Ostatni wspólny spacer po Gandawie. Od lewej Maciek, Gosia, Tobiasz i Marta. Niestety bez Kamili.

okno na świat

Najwyższy czas napisać o tym, co wypełnia najwięcej mojego czasu – może zaraz po labie i spaniu. O tym, co sprawia, że potrafię przesiedzieć w zamkniętym pokoju wiele godzin, wcale się nie nudząc. O Internecie.

Jest to bardzo szeroki temat, dlatego w paru słowach opiszę kilka tylko jego fragmentów.

Google
Ta firma ma wiele bardzo dobrych „wytworów”, choćby gmail, blogspot czy szczegółowa mapa cała świata, ale najważniejsza jest sama wyszukiwarka. Służy nie tylko do znajdywania wszystkiego, ale nawet sprawdzania pisowni. Jak nie wiem jak coś się pisze, to mogę wpisać to w google i porównać ilość stron dla obu haseł i w ten sposób sprawdzić której formy używa więcej osób. To jest tak jak z pytaniem do publiczności w Milionerach. Większość nie zawsze miała rację. Ale zazwyczaj to działa.

Wikipedia
Możemy być dumni, że polska wersja jest czwarta w rankingu pod względem liczby haseł. To dobrze o nas świadczy.
Często odpowiedzi na wiele pytań zaczynam szukać na Wikipedii. Często to poszukiwania tam kończę. Zwykle to co szukam, jest tam dobrze opracowane. Oczywiście powinno się być ostrożnym, bo ponieważ każdy może tam pisać, mogą być błędy. Słyszałem o tym, jak kiedyś wybito pamiątkową serię monet upamiętniających jakiegoś gościa. Tuż przed wypuszczeniem ich w obieg zorientowano się, że przy nazwisku tego człowieka, wybito złe imię. Szukano przyczyny tego błędu i znaleziono: ktoś to podawał to imię, sprawdził jak się ten gość nazywa w Wikipedii.

YouTube
Prawie wszystko tam można znaleźć. Większość piosenek, ciekawsze fragmenty filmów. Warto wspomnieć, że tak jak Wikipedia tak i YouTube tworzony jest przez wszystkich. W demokracji ma się tylko pośredni (przez wybieranych polityków) wpływ na to jak państwo funkcjonuje, a tu bezpośrednio, każdy może umieścić co tylko chce.

Skype
Telekonferencja to jest takie sience fiction wczesnego dzieciństwa. Człowiek w telewizorze, który z tobą rozmawia.
W tych rozmowach nie ma wymówki: będę kończył, żebyś za dużo nie płacił(a).

Gadu-Gadu
Ja wciąż nie wiem, czy czat zalicza się do słowa mówionego czy pisanego. Bo w rozmowie nie zwraca się uwagi na literówki, nie dopracowuje się tekstu i się pisze to, co się by powiedziało – to są te aspekty świadczące, że jest to mówienie. Ale z drugiej strony: pisze się, używa się liter, nie można zmieniać barwy głosu. W tej wymianie zdań zdarzają się dłuższe chwile przerwy niż mogłyby się zdarzyć w rozmowie telefonicznej.
Ciekawą sprawą są też opisy. Większość osób nie używa ich prawie wcale. Ja akurat bardzo często. One mają kilka funkcji:
-informują co się dzieje. np. „naleśnikowe popołudnie”
-służą do kontaktu z wszystkimi znajomymi naraz: „czy ktoś zna dobrego dentystę”
-przekazywanie złotych myśli np. „żyj z całych sił”
-chęć podzielenia się z innymi filmem lub piosenką którą się zobaczyło, więc linki -typu: http://www.youtube.com/watch?v=NPIMkDjzAlc
-reklama swojej strony, bloga itd
-zapisanie jakichś wyrwanych z kontekstu słów, które dla piszącego je mają sens, a sa niezrozumiałe dla innych. Dla bliskich znajomych bardziej zrozumiałe. Tych opisów czasem nie chce się wyjaśniać innym. Często tego typu opisy zamieszczam.
-na pewno są jeszcze inne motywy

Nasza-klasa
Aż dziwne, że tyle osób z nie korzysta i spędza tam tak dużo czasu. Dziwne, ale ja też tak robię. Dziwne, że taki Facebook jest w Polsce mniej popularny mimo że jest w sumie lepszy od n-k: nie ma takich ograniczeń transferowych, nie ma tylu reklam.

Fora/komentarze
Łatwo znaleźć ludzi, którzy chcą pogadać na temat który i ja chcę pogadać. W dyskusjach jest trochę więcej czasu na odpowiedź, więc wypowiedzi mogą być bardziej przemyślane niż te w dyskusjach na żywo. Zazwyczaj na forach występują anonimowi ludzie, a więc częściej niż na żywo lecą niecenzuralne wypowiedzi i obrażanie się. Na wyższym poziomie toczą się rozmowy gdy ludzie nie są anonimowi, np. nasza-klasa. Na portalu salon24.pl zwykle dyskutują ludzie, którzy prowadzą tam swojego bloga. Zazwyczaj występują pod jakimś pseudonimem, ale ten ich pseudonim jest ich takim drugim ja – dużo energii poświęcają w jego tworzenie i nie mogą sobie pozwolić na to, by poprzez niecenzuralne komentarze zszargać swoje dobre imię.
Nieraz obserwowałem na forach walkę dwóch ludzi. Opis, na który nie można nie odpowiedzieć poprzedza jeszcze bardziej wojowniczą odpowiedź. Taka walka, z której każdy chce wyjść z twarzą, a o kompromis już jest bardzo trudno, bo zbyt mocno skłócone są dwie strony. Oczywiście, żadna ze stron nie przyzna racji drugiej. Życie.

Blog
Dzielenie się z ludźmi swoimi przeżyciami, przemyśleniami, zrobionymi zdjęciami. Informowanie o tym, co się dzieje. Ten ma na celu opisanie tego Erasmusa; jakiś kontakt ze światem, bo dzięki komentarzom jest to komunikacja dwustronna.

Strasznie szeroki temat. Wiele jeszcze wątków chciałem poruszyć, ale skończę już w tym miejscu. I tak się rozpisałem


A tak z bieżących spraw, to jutro już będę w Polsce

czwartek, 11 grudnia 2008

historia w obrazkach

W głowie mam przemyślany jeden temat na notkę, w której pewnie pojawi się więcej zdań niż zdjęć, więc żeby nikt nie narzekał, że jest za dużo tekstu, dzisiaj przedstawię Wam historię w obrazkach i w ten sposób opowiem co ciekawego się ostatnio działo.

Po, tradycyjnym już, niedzielnym obiedzie - deser. Deser tradycją jeszcze nie jest.




Laboratorium, czyli proza życia.




Narodowa integracja pracujących ludzi już po pracy.




Tego zdjęcia nie będę opisywał. Może ktoś wie, o co w tym zdjęciu chodzi?




Tutaj podobnie. Pytanie: co to jest? Od razu mówię, że kreatywność i bujna wyobraźnia będą wyżej oceniane niż precyzyjność i zgodność z rzeczywistością.

sobota, 6 grudnia 2008

Gandawa nocą

W ciągu ostatnich dni miałem dobrą okazję, by na nowo zwiedzać Belgię, w tym Gandawę. Poniżej kilka nocnych zdjęć miasta. Ze zdziwieniem zauważyłem, że dotąd nie pokazaliśmy, jakie jest piękne. Nie bez powodu miesięcznik National Geographic Traveler umieścił je na 3. pozycji rankingu miejsc na świecie wartych odwiedzenia. Turystom polecam stronę www.visitgent.be



Bogato zdobiona fasada gandawskiego ratusza.



Graslei



Powyżej na trzech fotografiach kościół Św. Mikołaja przy Korenmarkt

Prawda, że ładnie?

wtorek, 2 grudnia 2008

o sąsiedztwie słów kilka

Z labu wyszedłem dziś trochę wcześniej - słońce jeszcze nie zaszło. Postanowiłem więc wrócić do domu okrężną drogą. Ot, taki spacerek sobie zrobić. Obserwacja, jaką się dziś chciałem podzielić, to: dzielnica turecka jest większa niż myślałem.

Lubię to sąsiedztwo - głównie ze względu na piekarnię. Chleb jest bardziej prawdziwy niż ten zachodnioeuropejski. Turkse Pizza jest też całkiem niezła, a kosztuje tylko 1,5 euro. Wprawne oko to w tureckim warzywniaku nawet Wyborową wypatrzy :)

Nie trzeba patrzeć do roczników statystycznych żeby zauważyć, jak będzie wyglądało to społeczeństwo za kilkadziesiąt lat. Wystarczy wyjść na ulicę. Zauważyć, że jest sporo dziewcząt z chustkami na głowach, że większość dzieci ma ciut ciemniejszy kolor skóry. Kobieta (w chustce) z wózkiem albo wielkim brzuchem to bardzo częsty widok. Dziś widziałem taką Turczynkę z podwójnym wózkiem: dwie kabiny - jedna za drugą. W sobotę kilka sąsiednich ulic było zakorkowanych. Większość samochodów miała zawiązaną przy lusterku białą chustkę. Wielkie, tureckie wesele.

No to już wiemy, jak będzie wyglądała społeczność belgijska za kilkadziesiąt lat - nie tylko belgijska. Zjawisko jest to samo dla wielu krajów Europy. Coraz mniej rdzenno-belgijska, a coraz bardziej muzułmańska. Zresztą to, że rdzenni mieszkańcy zostali wyparci ze swoich ziem, nie jest niczym nowym w historii ludzkości. Prawie cała Ameryka, Australia, to przecież też przyjezdni.

Najazd Turków - można by powiedzieć. Tak, ale taki fair play. Nie można mieć do nich pretensji. Grają czysto. To nie jest tak, że siłą chcą zdobyć i zawładnąć ten kraj. Pokonują Europejczyków ich własną bronią. Ciężką pracą, trudem wychowywania potomstwa, powolutku stają się właścicielami tej części świata. Kebab wygrywa z hot dogiem, bo jest po prostu lepszy.

Za bardzo nie da się przed tym obronić. Taka jest światowa tendencja, że ludzie starego kontynentu, ci "ucywilizowani", wymierają. Trochę na własne życzenie - wolą sami lepiej żyć, więc przegrają z tymi, którzy więcej wysiłku wkładają w wychowywanie swoich następców.

sobota, 29 listopada 2008

Sztuka

Tydzień temu odwiedziłem Muzeum Sztuki Współczesnej S.M.A.K (www)
Poniżej Sztuka, która mnie zaintrygowała...


Wybaczcie, ale nie wiem kto jest autorem. Nie znam też tytułu, a ten pomógłby w interpretacji.

piątek, 28 listopada 2008

zwykły dzień

Żeby lepiej opisać życie na Erasmusie, powinno się więcej pisać o rzeczach codziennych. W labie bywam częściej niż na wycieczkach. Od jakiegoś już czasu chodziłem z myślą opisania zwyczajnego dnia. Wczoraj pomyślałem, że wtorek był takim typowym dniem i nawet próbowałem go opisać. Nie udało się: nie mogłem sobie przypomnieć co konkretnego się wtedy działo. Brak charakterystycznych wydarzeń sprawił, że wszystko zaczęło mi się ze sobą zlewać. Dzisiaj z tego wtorku pamiętam jeszcze mniej. Olśnienie: dzisiaj też był taki zwyczajny dzień. Podobny do tych co już minęły, ale – na swój sposób - jedyny i niepowtarzalny.

Rano trzeba wstać. Sprawdziłem, i to nie raz, że „jeszcze pięć minutek” może się źle skończyć, więc reaguję, gdy tylko budzik zaczyna się drzeć. Z myślą, że jak tylko wrócę, to się znów położę, wstaję z łóżka. W kuchni spotykam Gosię – towarzyszkę porannej niedoli. Zastanawiam się co zjeść. Zwykle wybieram chleb z nutellą, ale dziś wyjątkowo był to serek. Ważne jest, by na śniadanie zjeść coś, co się szybko przygotuje. Idziemy na naszą uczelnię. Daleko nie mamy – chyba ze 4 minuty „iścia” (nie chciałem użyć słowa „marszu”, bo mi jakoś nie pasowało). Rzucamy się w wir pracy. Dzisiaj najpierw było liczenie bakterii, potem popisywanie nowych płytek, a potem – nowość – test smakowy. Zwykle sprawdzam jak bakterie rosną na szynce, a dzisiaj sprawdzałem, jak te szynki smakują. 12 osobom trzeba było dać po 3 plasterki dwóch różnych szynek i kazać zgadywać, która jest tą jedną inną. Prawie wszyscy zgadli. Zero trafień miała tylko jedna osoba – ja.

Na lunch wróciłem do domu i jadłem mrożone mięso, mrożone warzywa i makaron. Tzn., po usmażeniu nie były już mrożone. Z pełnym brzuchem wróciłem na uczelnię. Tam ciąg dalszy przygotowywania płytek, polerowanie probówek i jeszcze parę rzeczy, które mi znaleziono, bylebym tylko nie wrócił za szybko do domu. Dzisiaj było nieźle, bo już koło 16 byłem z powrotem. Czekając na włączenie kompa, zacząłem czytać Kapuścińskiego. Ciekawie pisze, ale mi się zachciało spać, więc postanowiłem spełnić obietnicę dana samemu sobie dziś rano.

Po raz kolejny już tego dnia wstałem zaraz (no, może tym razem 20 minut) po usłyszeniu budzika. Poszedłem do piekarni, coś tam zjadłem a potem poprosiłem Martę o pomoc fryzjerską. W końcu siadłem po raz kolejny do kompa. Tym razem zaczytałem się w blogu Szymona Hołowni – na poważne tematy jednak da się bardzo ciekawie pisać. Gdy przypomniałem sobie, że powinienem jednak coś naukowego zrobić, zacząłem rozmawiać na gg. Jedna rozmowa - zamiejscowa, druga – lokalna. Potem jeszcze jedna międzynarodowa.

Włączyłem w końcu tego excela, ale niedługo w nim zabawiłem, bo sobie przypomniałem, że jestem głodny. Tym razem nutella. Jak wróciłem, to zacząłem opisywać dzisiejszy dzień. I tak jakoś zeszło.

czwartek, 27 listopada 2008

Szpital nie jest taki zły

Nie ma się co oszukiwać. Pobyt na Erasmusie, czy to na studiach, czy na praktyce to nie tylko zabawa. Przez większość dnia oddajemy się tutaj pracy. Szczególnie, że Gosia, Kamila, Marta i Tobiasz robią w Belgii badania potrzebne do napisania pracy, a ja jestem praktykantem w laboratorium.

Szpital wcale nie jest taki zły, pod warunkiem, że idziesz tam, żeby pracować, a nie żeby się leczyć. Całe szczęście, że w czasie mojego pobytu w Belgii odwiedzam tę placówkę bardzo regularnie tylko w jednym celu. Mój dzień zaczyna się jeszcze w nocy. Budzik dzwoni o 7.00. Półtorej godziny później siedzę już na rowerze i jadę do szpitala, gdzie od godziny 9, jak to określił mój znajomy, przenoszę po 2 μg (2,0*10 –6g) jakiejś substancji i nazywam to pracą. Klinika Universitair Ziekenhuis Gent to małe miasteczko, po którym jeżdżą specjalne taksówki dla pacjentów, gdzie studenci wydziału medycyny przychodzą na zajęcia, gdzie można wypożyczyć (jak w hipermarkecie) specjalny wózek, który pomoże przewieźć osobę, mającą kłopoty z chodzeniem. Można tu zjeść coś w restauracji, kupić upominek lub kwiaty. Oczywiście można się tu także leczyć. O jego wielkości niech świadczy fakt, że winda którą zwykle jeżdżę, ma numer 95... Gdy po raz pierwszy przekroczyłem jego bramy, dostałem mapę dzięki której mogłem trafić tam, gdzie zmierzałem. Ten spacer trwał ponad 10 minut. W tej sytuacji nie dziwię się, że szpital zainwestował w służbowe rowery.

Rower to w Gandawie najszybszy środek transportu. Przyczynia się do tego dobrze rozwinięta sieć ścieżek rowerowych i specjalnych parkingów. Na terenie kliniki także jest ich kilka. Zwykle nieporównywalnie większe niż znane nam z politechniki, a mimo to prawie pełne. Te przeznaczone dla pracowników, są ogrodzone i można otworzyć je tylko za pomocą specjalnej karty magnetycznej, która potrzeba jest też żeby swobodnie poruszać się po zakamarkach szpitala niedostępnych dla pacjentów. Studenci jeżdżący na uczelnię rowerem nikogo w Polsce nie dziwią, ale dlaczego nie można znaleźć wolnego miejsca na parkingu rowerowym dla pracowników? Pewnie dlatego, że Ci ostatni dostają specjalną premię, jeśli przyjeżdżają do szpitala rowerem częściej niż 20 dni w miesiącu!

Większość budynków UZ Gent jest połączona ze sobą siecią podziemnych korytarzy, którymi suchą nogą można dotrzeć z jednego końca kampusu na drugi, pod warunkiem, że nie zostanie się potrąconym przez charakterystyczny żółty służbowy rower lub jeden z elektrycznych wózków towarowych. Zdarza się, że takie wózki wyglądają jak małe pociągi ciągnąc za sobą kilka wagoników. Podobno kilkanaście lat temu studenci jeździli po tych piwnicach mieszczącym się tam „na styk” Citroenem 2CV - popularną Kaczką. Jak widać nie tylko Polacy wykazują się tak zwaną ułańską fantazją.

niedziela, 23 listopada 2008

pada śnieg, pada śnieg...

Spadł śnieg. Gdy wczoraj po obudzeniu zauważyłem go na szybie okna, od razu pomyślałem, że warto uwiecznić to niecodzienne zjawisko.
Biała, puchowa kołderka szybko przemieniła się jedną, wielką chlapę. Taką śniego-kałużę, do której potrzebne by były kalosze. Jeśli kaloszy się nie ma, to przynajmniej trzeba zrezygnować z adidasów i założyć normalne półbuty. Śnieg zaatakował po raz kolejny.Jakby nie patrzeć - przyszła zima. Dzisiaj do kuchni przyszedł też Ishu ze śnieżką w ręce. Po paru chwilach rzucania się śniegiem ktoś wpadł na pomysł, że może lepiej będzie wyjść na dwór. Jak pomyśleli, tak zrobili.
Zabawa była przednia, że aż dzieci z sąsiedztwa się nam przypatrywały przez okno. Nie wiem czy bardziej dziwił je widok śniegu, czy czwórki dorosłych ludzi bawiących się jak małe dzieci. Śnieg z pewnością był niecodziennym zjawiskiem dla Izabel, która na żywo widziała go po raz pierwszy w życiu. W Ekwadorze nie jest często spotykane zjawisko. Właściwie: w ogóle niespotykane.
No i był też bałwan. Różne postacie przybierał. Na początku była to snowwoman, potem snowman, potem powstawały inne elementy, nowe rekwizyty. Jacyś ludzie, zaciekawieni bałwanem, podeszli do nas. Nawet marchewki przynieśli.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Z czego słynie Bruksela


Co jest symbolem Brukseli? Unia Europejska jest dla większości pierwszym skojarzeniem z tym miastem - i dobrze, bo to stolica UE. Ale to nie jest symbol. Coś, co znajduje się na większości pocztówek i T-shirtów. To nie jest monumentalne Atomium ani żaden z zabytkowych kościołów czy pałaców. To jest niewielka rzeźba. Cóż to za wybitna postać musiała w niej zostać uwieczniona? Ano, mały, siusiający chłopiec.
Manneken Pis. Rzeźba nie jest nawet wyjątkowo stara - XVI wiek. Nie jest też bardzo wymyślna: ot, fontanna wypływająca z wiadomej części ciała. Pomnik wielki nie jest, ale za to popularność to ma chyba większą niż Nike z Samotraki. Wśród gadżetów z ową postacią dużą popularnością cieszą się korkociągi przymocowane do figurki w wiadomym miejscu. Figurka posiada kilka legend tłumaczących swoją wyjątkowość. Posiada również wiele ubrań. Częstym podarkiem od różnych stowarzyszeń a nawet delegacji państwowych są stroje, w które co jakiś czas chłopczyk się przyodziewa. W zeszłym roku, z okazji tygodnia Małopolski, przez parę dni nosił strój krakowiaka. Morał: Żeby być znanym i lubianym wystarczy ściągnąć spodnie i lać na wszystko! :)

wtorek, 11 listopada 2008

Holandia

Odwiedziłem miasto imiennika programu Erasmus: Erazma z Rotterdamu.
Oj, dużo tam widziałem, dużo. Nie wszystko da się opisać słowami, nie wszystko da się uwiecznić aparatem. O czym mógłbym napisać?
O mieście. Rotterdam jest miastem bez zabytków. W czasie wojny został całkowicie zniszczony. Zdjęcia robione po nalotach 1940 roku pokazują tylko ruiny katedry na tle zrównanego z ziemią miasta. W ciągu dziesiątek powojennych lat miasto mocno wspięło się w górę. Bardzo wysokie, ale przyjemne z wyglądu budynki, tworzą krajobraz Rotterdamu. Samo miasto, wbrew pozorom, nie jest duże - jest mniejsze od Wrocławia. Ma za to ogromny port: największy na świecie.

Byłem jeszcze w dwóch innych miastach Holandii, ale tak to jest, jak się wsiada do złego pociągu. Logika typu: "skoro o tej porze w tym miejscu powinien stać mój pociąg, a jest właściwy czas i miejsce, więc to musi być ten pociąg" zawodzi, gdy zegarek przyspiesza o 10 minut. A jeszcze niedawno czas, którego symbolem był zegarek, uważałem za jedną z niewielu rzeczy, które mówią prawdę. Poprzez swoją stałość zmian, był takim punktem odniesienia w zmiennej i niespodziewanej rzeczywistości.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Pogoda dla bogaczy?

Zamiast słońca - deszcz. Zamiast mgły - mżawka. Zamiast zimy - deszcz i wiatr.
W sklepie z pamiątkami kartka: "Greetings from Belgium". Dość ascetyczna. Biała, tekst na czarno, oprócz tekstu tylko symbol parasola, jak na kartonowym pudle. Obok niej powinna być druga. Z takim samym napisem i symbolicznym wizerunkiem pogodnego człowieka. Bo dla mnie tacy właśnie są Belgowie - pogodni. Może muszą nadrabiać za pogodę? Chyba nie, bo nie jest aż taka zła - trochę przekoloryzowałem. Jest bardziej wilgotno niż w Polsce, ale słoneczne dni też nie są rzadkie.

Wróćmy do pogody ducha. Tutaj ludzie się po prostu do siebie uśmiechają. Mam to szczęście, że we Flandrii większość mieszkańców mówi po angielsku. Dzięki temu nie ma problemu z pytaniem o drogę, czy zwróceniem się o pomoc na ulicy. Przez te 6 tygodni pytałem wielu osób, o różne informacje. Nawet ze starszymi, którzy mówią po francusku udawało się dogadać. Nie zdarzyło się, żeby ktoś mnie zignorował. Zatrzymywałem nawet ludzi jadących do pracy rowerem. Najmniej uprzejma była reakcja kierowcy autobusu, który powiedział po niderlandzku, że mnie nie rozumie, gdy pytałem, czy zatrzymuje sie przy stacji benzynowej. W każdym innym przypadku kierowcy autobusów okazywali się bardzo pomocni. Wchodzisz do autobusu - mówią Ci "dzień dobry". Zapytasz (w obcym dla nich języku) o trasę autbusu - odpowiadają bez grymasu niezadowolenia na twarzy. Kupujesz bilet - chcą Ci go sprzedać. Naprawde chcą.
Pewnego wieczoru wszedłem do autobusu bez biletu, bo w pobliżu nie było automatu, a wszystkie sklepy były już pozamykane. Poprosiłem kierowcę, żeby sprzedał mi bilet. Okazało się, że nie ma drobnych, żeby wydać mi resztę. Dwóch pozostałych pasażerów w pojeździe też nie mogło mi pomóc. Ku mojemu zdziwieniu, kierowca zatrzymał autobus, który mijaliśmy i rozmienił moje pieniądze. Czy to zdarza się w naszym kraju? Rzadko. Tutaj też pewnie miałem szczęście, bo nie każdy by tak zrobił. Ostatnio, kiedy chciałem kupić bilet we wrocławskim tramwaju, motorniczy stwierdził, że mogę wysiąść i kupić go sobie w automacie na przystanku.
Ciekawe skąd biorą się te różnice? Czy źródło jest to samo? Czy źródłem empatii u Belgów i niezadowolenia u Polaków jest kapitalizm? W zasadzie to możliwe. Za cenę biletu godzinnego w Gent kupionego u kierowcy, mógłbym we Wrocławiu kupić 4. Czy kierowcy, gdyby zarabiali w Polsce 4 razy więcej niż teraz, to byliby 4 razy bardziej zadowoleni i witali pasażerów? Mam nadzieję, że tak, bo to oznacza że za jakiś czas także w Polsce kierowcy będą się uśmiechać.

P.S. Niestety kilka dni później jechałem tramwajem, w którym motorniczy nie sprzedał pasażerowi biletu radząc, by ten udał się do automatu na przystanku. Czyli to, co zdarzyło mi się we Wrocławiu, mogło przydarzyć mi się w Gent.

wtorek, 4 listopada 2008

weekend i okolice

To nie jest tak, że jak nic nie piszę, to znaczy, że się nic nie dzieje. Wręcz przeciwnie: czasu brakuje, a czasem siły, żeby to co się dzieje opisywać. W skrócie, co się ostatnio działo:

Czwartek:
Kameralna imprezka: pięć osób, cztery wina - z czego jedno dwulitrowe. Sprawdziło się mądre porzekadło: tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. I rzeczywiście. Ta dwulitrowa butelka wniosła dużo radości i to jeszcze przed jej otworzeniem.
Chwilowo nie było neta, więc tym razem nie mogliśmy odtworzyć piosenek naszej wczesnej młodości ani disco polo. Czasem cicho pobrzmiewała gitara. Z tego co potem mówiła mieszkająca na dole Izabell to ten czas był długi, cicho nie było i "pobrzmiewała" też można by zastąpić innym słowem.
Maciek, nie wiedzieć czemu, wolał nie wracać rowerem. Przekimał u nas.
Te zdjęcia są ciut rozmazane, a my na nich niewyraźni, ale w ten sposób lepiej oddają tamtą czwartkową rzeczywistość.

Piątek:
Przyjeżdżają goście. Wyciągnąłem golarkę, że ulepszyć "fryzurę". Po minucie (albo jakichś 12 centymetrach kwadratowych) przestała działać. Naładowanie w takim stopniu, żeby skończyć główkę, trwa dobrych kilka godzin, więc jak tonący, chwyciłem za brzytwę, czyli klasyczną maszynkę napędzaną siłą mięśni. Pierwszy raz używałem jej w tym celu. Tył głowy próbowałem zobaczyć w odbiciu okna w lustrze. Masakra. Tzn., masakrą by się skończyło, gdyby mnie Marta nie uratowała, która sprawiła mi fryzurę ostateczną. Ostateczną tzn. taką, z której nie da się zmienić na żadną inną. No, ewentualnie tatuaż na głowie mógłbym sobie zafundować, ale to może innym razem.

Sobota:
Okazja do zwiedzenia Gandawy. Razem z Basią (którą widać na tym zdjęciu na drugim planie) i Martajnem wchodzimy na jedną z 3 wież (Belfry), na której gra carillon (taki instrument jak organy, tylko że zamiast piszczałek są dzwony). Zwiedzając katedrę natrafiamy na koncert (młodzież gra i śpiewa Mozarta i utwory kilku innych znanych muzyków). W międzyczasie zahaczamy o PizzaHut i korzystamy z buffet pizza czyli nieograniczonej liczby dokładek.
Wieczorem mała imprezka - mała pod względem liczby butelek, bo nas było 9 osób. Anglojęzyczna, bo brały w niej udział mniejszości narodowe z Nepalu, Ekwadoru i Holandii. Próbowałem ich nauczyć (napisanej pod wpływem chwili) piosenki "W Szczebrzeszynie / chrząszcz brzmi w trzcinie / w Szczebrzeszynie chrząszcze brzęczą cały czas..."

Niedziela:
Po mszy zwiedzania nie było już wiele. Ale był obiad. Trudno w to uwierzyć, ale w naszej maleńkiej kuchni zmieściło się przy stole 8 osób. Menu: smoczy gulasz z ziemniakami.

Poniedziałek:
Party is over. Najwyższy czas na pisanie pracy. Nadrabiam zaległości komunikacyjne (gg, skajp), oglądam filmiki na youtubie, znajduję świetny śpiewnik internetowy i wypróbowuję go. Słowem wszystko, by jak najbardziej odwlec moment nauki.

środa, 29 października 2008

morze

Jest środek tygodnia, dlatego dobrze powspominać ciekawsze czasy, czyli weekend.

W sobotę mieliśmy kolejną wycieczkę. Tym razem nad morze. Ostenda to piękna nadmorska miejscowość z długaśną plażą. Z resztą nie tylko długą, ale i szeroką, o czym przekonaliśmy się przychodząc podczas odpływu. Plaża była pod molo, na którym parę godzin wcześniej wędkarze zawzięcie łowili ryby. Łatwiej niż ryby, na straganach, można było znaleźć owoce morza. Będąc nad Morzem Północnym, sałatki „owocowej” nie można było nie spróbować.

Był ładny kościół, który był zamknięty z powodu remontu. Było muzeum do którego nie poszedłem i był wielki dmuchany smok, który oddychał i w którego wnętrzności można się było zagłębić. To nie było muzeum anatomii, ale bardziej dom strachów. Nie najlepsza forma rozrywki dla małych dzieci, które bardzo ekspresywnie dawały znać, że chcą już stąd wyjść.

Z wyprawy, oprócz muszelek, przywieźliśmy 1 giga zdjęć, dlatego nie ma się co dziwić, że tak kolorowo jest na tym poście. I nie ma się co dziwić, że tyle zdjęć robiliśmy: poniższe np. trzeba bylo powtarzać 12 razy. Za to skakanie mamy zaliczony sport za cały miesiąc.

Z ostatniej chwili

Tym razem krótka informacja.

Jako, że zachwalamy tutaj wyjazd na studia/praktyki zagraniczne, pomyślałem że zachwaliliśmy go już wystarczająco i kogoś może zainteresować wiadomość, że na Politechnice Wrocławskiej właśnie ruszyła dodatkowa rekrutacja do programu Erasmus w semestrze letnim roku 2009. Czasu nie ma zbyt wiele. Do 15 listopada trzeba złożyć aplikację na swoim wydziale, a do 28 listopada - wymagane dokumenty w Dziale Współpracy Międzynarodowej.
Szczegóły na stronie politechniki.

wtorek, 21 października 2008

w labie

Klikam "Run". Ruchoma część urządzenia przesuwa się na prawą stronę, wyciąga z pudełka mikrostrzykawkę i razem z nią przesuwa się nad pojemniczek, w którym znajduje się zawiesina bakterii. Wysysa 100 mikrolitrów i przemieszcza się nad płytkę z podłożem. Kiedy igła powoli przesuwa się po powierzchni agaru, płytka z podłożem się kręci (trochę to przypomina stary adapter z płytą gramofonową) i w ten sposób bakterie są równomiernie rozprowadzone po całej powierzchni. Strzykawka podnosi się i zostaje wrzucona na do pojemnika na zużyte strzykawki. Całe to przedstawienie trwa 37 sekund. Nie dane jest mi jednak w spokoju się temu przyglądać. W tym czasie muszę przygotować następną próbkę: wziąć właściwą probówkę, wstrząsnąć ją w specjalnym urządzeniu, po otworzeniu ogrzać jej końcówkę nad palnikiem, nalać do kubeczka, przed zamknięciem znów przystawić do palnika, odłożyć we właściwe miejsce i wziąć odpowiednią płytkę. Albo: wziąć pipetę, nabić na nią końcówkę, z plastikowej torebki pobrać 1 ml, nalać zawiesinę do pojemnika, końcówkę wrzucić do worka a torebkę zawiązać na supeł (to najwięcej czasu zajmuje), wyrzucić i wtedy wziąć płytkę. Nic trudnego, nawet fajna zabawa. Zabawa przestaje być fajna, jeśli trzeba ją powtórzyć 436 razy.
Niby nic wielkiego. 4 kultury bakteryjne, 3 rozcieńczenia, 6 mieszanin antybakteryjnych, 3 próby każdego wylane na 2 płytki każda. To są małe liczby. Gdzie jest haczyk? Teraz trzeba to wszystko przez siebie przemnożyć. Można jeszcze dodać kilka płytek kontrolnych i wychodzi taka duża liczba. Tylko mnożyć, dodawać; nie idzie jakoś tego podzielić, żeby liczba była bardziej znośna? Można: przez jednego Tobiasza, ale to za bardzo wyniku nie zmieni.

niedziela, 19 października 2008

Urodziny




Tak, jak wcześniej pisał Tobiasz, niedzielne wspólne gotowanie stało się tradycją. Dzisiaj mieliśmy specjalną okazję, dlatego obiad wymagał specjalnej oprawy. Było spaghetti (w ilości, która napełniłaby brzuchy całej armii głodomorów), wino, szampan, a nawet torcik. W ten sposób uczciliśmy 23. rocznicę dnia, w którym świat uradował się z pierwszego krzyku Tobiasza. Niech nam żyje sto lat!

Nie wiem, jak ten dzień będzie wspominał jubilat. Nie do końca był on dla niego szczęśliwy. Najpierw okazało się, że cheeseburger, którego zamówił w okienku z żółto-czerwonym logo, jest 2 razy droższy niż hamburger, a później nieznana siła spowodowała, że moneta, którą wrzucał do automatu z napojami wpadła pod automat i nie dało się jej stamtąd wydobyć. Może z pozycji studenta w Polsce nie wydaje się to bardzo wielką stratą, ale tutaj jej dotkliwość trzeba mnożyć, w przybliżeniu, przez 3,5...

Sobota

Opisać dzisiejszy dzień... Tutaj pojawia się problem, bo nie wiem kiedy dzień się zaczął. Jeśli w momencie obudzenia, to niewiele zdążyło się dziś wydarzyć. Było już po 14 gdy dzwonił budzik. Co robi student zaraz po obudzeniu? Je śniadanie, ogląda Teleexpress. Ja byłem lepszy, wstałem szybciej. Siedem godzin snu to nie jest wcale tak dużo. Zamiast telewizora włączyłem komputer i próbowałem coś naukowego napisać. Próbowałem jest dobrym czasownikiem, bo niedokonanym. Coś jeszcze? Obiadokolacja, piwko u Maćka i to by było na tyle dzisiejszego dnia.

Chyba, że dzień zaczyna się o godzinie 0.00. Siedziałem wtedy z Erasmusami (Francuz, Francuska, Irlandczyk, Włoch, dwie Słowaczki i ja) w sąsiednim miasteczku. O dwunastej byliśmy już po ręcznie robionym spaghetti, winach i kracie piwa i właśnie wychodziliśmy na miasto. Potem była jeden bar, gdzie o czwartej zrobiło się już pustawo. Na szczęście udało nam się znaleźć inny klub, w którym coś się jeszcze działo. Tam też siedzieliśmy do końca. „Siedzenie” nie jest najwłaściwszym słowem. Po piątej byliśmy ostatnim drgnieniem parkietu.

Im ciężej pracuję w tygodniu, tym intensywniej bawię się w weekend. Jeśli siedzi się (i znowu: słówko „siedzi” jest nie na miejscu) w laboratorium od ósmej do siedemnastej, a z godzinnej przerwy obiadowej wraca po 25 minutach, bo bakterie czekają, to pod koniec tygodnia można mieć naprawdę dosyć. Zapomniałem dodać, że w wolnych chwilach trzeba opracowywać wyniki i pisać wstęp teoretyczny do pracy. I że często bywam w niedoczasie.

Ogólnie, nie jest lekko, ale jest fajnie.

czwartek, 16 października 2008

Frituur

Drodzy Państwo! Dzisiaj podzielę się z Wami sekretem. Być może jest to nawet najbardziej skrywana przez Belgów tajemnica. Narażając życie poświęciłem się, aby ją odkryć. A było to tak...

Dzień, jak co dzień. Wczesnym wieczorem zszedłem do kuchni zrobić kolację. Ostrożnie otworzyłem drzwi i moim oczom ukazał się najzwyklejszy widok. Kuchnia ta sama co wczoraj, tylko trochę większy w niej nieporządek. W pokoju obok właścicielka domu oglądała telewizję - mecz Belgia - Hiszpania. Na stole kuchennym błyszczała stalowa miska. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że kryje cenną, złocistą zawartość. Jak sroka od razu chciałem przygarnąć tę błyskotkę. Zrobiłem krok, wyciągnąłem dłoń i już tylko centymetry dzieliły mnie od niej. Wtem z pokoju obok dobiegł mnie głos. Serce przyspieszyło - zostałem przyłapany. W misce był jeden z dwóch słynnych belgijskich specjałów koloru złotego.
Jeśli jesteś studentem, to pewnie pomyślałeś o piwie - to błąd. W misce leżały frytki. Słowa właścicielki, która je usmażyła zachęcały do poczęstowania się nimi. Nie opierałem sie jej namowom i szybko sprawdziłem jak smakują. To jest właśnie ten moment, kiedy narażałem życie. Przecież mogły być niedobre lub, co gorsza, zatrute ;)

Dla Belgów smażone w głębokim oleju słupki z ziemniaków są tradycyjnym daniem. Najczęściej jada się je z majonezem i odrobiną soli. Na każdym rogu można znaleźć Frituur, czyli bar serwujący frytki z różnymi sosami i pod różnymi postaciami.

Frytki były naprawdę smaczne, a co mnie najbardziej zdziwiło - były chrupiące. Po 4 studenckich latach, kiedy frytki przygotowywane przez moich kolegów miały zwykle konsystencję zwiędniętej rośliny, była to znacząca odmiana.
Przyszła pora, by z Pani Właścicielki "wycisnąć" sekret przyrządzania frytek. Sprawa jest prosta: najpierw kroimy ziemniaki w słupki centymetrowej grubości, później smażymy w temperaturze 140 st. C, wyciągamy z oleju i zostawiamy do ochłodzenia. Takie frytki jada się we wrocławskich akademikach. Tutaj smaży się je po raz drugi w temperaturze 180 st.C. Kiedy mają już odpowiedni kolor, można częstować nimi gości. Polecam!

Przy "wyciskaniu" tych tajnych informacji nie używałem żadnych narzędzi tortur. Wystarczyło zapytać ;)

pralnia

Polska jest lepsza niż Belgia, bo u nas są pralki w mieszkaniach, a tutaj nie!

Nadszedł dzień, kiedy ręce dały znać, żebym tym razem poszedł do pralni i dał sobie spokój z praniem ręcznym. I o tym pierwszym spotkaniu z belgijską pralnią dzisiaj opowiem.
Tak to w tym kraju jest, że wszystko napisane jest po flamandzku i czasem po francusku, więc chwilę to trwało, zanim się zorientowałem co-gdzie-jak. Żeton na pranie kupiłem bezbłędnie. Chcąc kupić proszek, straciłem 20 centów. Wrzuciłem je do jakiegoś dziwnego automatu, który nic - oprócz zabrania monety - nie zrobił. Spytałem się jednej pani gdzie się kupuje proszek, a ona wskazała mi urządzenie, o którym byłem przekonany, że służy do sprzedawania słodyczy i chipsów. To takie małe, kolorowe proszki były, a nie chipsy. Ale do kupna zabrakło tych centów które już wrzuciłem. Poszedłem rozmienić banknot, a po powrocie zauważyłem, że ktoś zostawił resztę i nie musiałem chodzić do piekarni. Kupiłem proszek, który okazał się jakimś płynem do płukania (chyba) a nie proszkiem, więc spróbowałem jeszcze raz. Tym razem skutecznie.
Poszło! To znaczy nie wszystko, bo pojemność pralki była dwukrotnie mniejsza od objętości ubrań jaką chciałem tam zmieścić. Ledwie pranie ruszyło, jakaś staruszka mnie zawołała i poprosiła, żebym zadzwonił po taksówkę dla niej, bo ona nie ma telefonu. Ja naprawdę nie wiem, jak ja się z tą panią porozumiałem. Nawet nie wiem czy mówiła po francusku czy flamandzku. Telefon wykonałem, za co dała mi pięć euro, czyli mniej więcej tyle, co wyniosło mnie to pranie.
Żeby porządnie opracować temat pralni dodam, że były tam jeszcze inne urządzenia. Suszarki, które są podobne do pralek; coś co wygląda jak autoklaw (zbyt dużo czasu spędzam w laboratorium mikrobiologicznym) i takie urządzenie do prasowania, które wygląda jak nie wiem co.

niedziela, 12 października 2008

muzycznie

Gdy się obudziłem, zegar na komórce wyświetlał czwartą dwadzieścia. Jak na tą godzinę, to byłem dosyć wyspany. Zacząłem się zastanawiać, czy na pewno jest po czwartej, skoro przez roletę docierają już promienie słońca. Najpierw pomyślałem sobie: Tobiasz, nie kombinuj! Jest czwarta i powinieneś znowu zasnąć. Ale ciekawość zwyciężyła lenistwo i podszedłem do biurka zerknąć na drugi zegarek. Dziewiąta trzydzieści. Poprzedniej niedzieli miałem podobną sytuację. Wtedy się późnił o jakąś godzinę. Ciekawe, że zawsze zdarza się to w niedzielne poranki...
Do kościoła zdążyłem, a po mszy zostałem dłużej. Powiedziałem, że byłem organistą i wpuszczono mnie bym sobie pograł. Taka godzina to zawsze coś, a organy to coś więcej niż gitara.
Potem był obiad. Tym razem jedliśmy omlety. Z pieczarkami, pomidorem, serem i szynką, której Ci u nas dostatek. Tworzy się taki zwyczaj, że niedzielny obiad gotujemy wspólnie. Tym razem Marta najbardziej maczała w tym palce.
A teraz najbardziej godne zapisania: poszliśmy dziś na koncert. W Gent trwa teraz słynny festiwal filmowy i z tej okazji odbył się koncert, podczas którego Orkiestra Filharmonii w Brukseli grała utwory John'ego Williamsa. Jeżeli ktoś nie kojarzy tego nazwiska to powiem, że jest to twórca muzyki do takich filmów jak: Gwiezdne Wojny, Indiana Jones, Szczęki, Harry Potter, E.T., Lista Schindlera, Patriota, Park Jurajski, Kevin sam w domu, Hook, Szeregowiec Ryan, Siedem lat w Tybecie, Wyznania gejszy, Wojna światów i wielu innych. Na tym koncercie nie dało się nudzić. Znane wszystkim z filmów, a wykonywane przez orkiestrę, utwory w połączeniu w wyświetlanymi na wielkim ekranie fragmentami tych filmów, tworzyły razem coś niesamowitego.

Za pan brat ze Średniowieczem.

Na północny wschód od Gandawy leży Brugia - miasto, które swój rozkwit przeżywało między 12. a 15. wiekiem. Zaczeło się od tego, że po wielkim sztormie powstało połączenie miasta z morzem. To umożliwiło rozwój handlu z Anglią. Bogactwo przyciągnęło władców, a ich dwory artystów. Jednak po pewnym czasie naturalny kanał zaczął sie zamulać. Port stracił na znaczeniu, w 17. wieku upadło słynne koronkarstwo. Podupadło i samo miasto. Na szczęście koniec ubiegłego wieku przyniósł pozytywne zmiany.

Brugia, jako jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast na świecie zaczęła przyciągać tłumy turystów. Dzisiaj, gdy handel suknem z Anglią, nie daje już utrzymania mieszkańcom Brugii, ważną gałęzią tamtejszej gospodarki jest turystyka.
My też nie mogliśmy się oprzeć wizjom, które przywodziły na myśl określenia typu "Wenecja Północy". Postanowiliśmy się przekonać, czy warto odwiedzić to niewielkie miasto.
Wyruszyliśmy w sobotę i po niespełna półgodzinnej podróży koleją byliśmy na miejscu. Tym razem nie poszliśmy "na żywioł". Najpierw skierowaliśmy swe kroki do punktu informacji turystycznej, kupiliśmy przewodnik i podążaliśmy ścieżkami przemierzonymi już przez miliony turystów.


Brugia rzeczywiście zachwyca starymi budynkami, kościołami, brukowanymi ulicami, wąskimi kanałami, nad którymi biegną kamienne i drewniane mosty. Widzieliśmy jeden z najstarszych szpitali w Europie - Szpital Św. Jana z 1188 r. Bazylikę Świętej Krwi - w której przechowywana jest relikwia - fiolka z krwią Chrystusa. W jednym z tutejszych kościołów można zobaczyć rzeźbę dłuta samego Michała Anioła.
Tym razem zwiedzaliśmy też muzea. Najpierw poznaliśmy zarys technologii produkcji piwa Brugse Zot w miejscowym browarze(zgodnie z naszym kierunkiem kształcenia - w końcu nie przyjechaliśmy do Belgii odpoczywać), a później w Muzeum "Choco Story" dowiedzieliśmy się skąd się wzięła czekolada. O ile wizyta w browarze była dość ciekawa, to muzeum czekolady nie zrobiło na mnie wrażenia. Trzeba być prawdziwym maniakiem tego wyrobu, żeby docenić mnogość starych opakowań, skrupulatny opis ewolucji napojów z nasion kakaowca i szkice przedtawiające pierwsze maszyny uzywane przy produkcji. Najbardziej intereującym punktem zwiedzania była demonstracja produkcji czekoladek i pralinek prowadzony przez belgijskiego specjalistę. Należy wspomnieć, że prezentajca zakończona degustacją.


Brugia jest miastem turystycznym aż do bólu. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że co 3 sklep w centrum sprzedaje belgijskie czekoladki, a co czwarty koronki. Oprócz tego dużo jest tzw. chińszczyzny. Mimo to warto tu przyjechać, nawet jeśli nie lubi sie chodzić po utartych szlakach.

W czasie zwiedzania zawitaliśmy do urzędu miejskiego. Tutaj byliśmy świadkami niecodziennej uroczystości. Przed wejściem stało zabytkowe BMW przystrojone dla młodej pary. Przed drzwiami do urzędu ustawili się goście z ryżem w rękach. Po chwili na zewnątrz wyszło dwóch panów młodych. Życzenia składały im całe rodziny. Tak, nie ma się co dziwić! Belgia to kraj bardzo tolerancyjny. Zezwoliła na legalizację związków homoseksualnych już w 2003 roku. Trzy lata później możliwa była już adopcja dzieci, przez takie pary. Ta druga decyzja jest dla mnie całkowicie niezrozumiała, ale nie czas na dyskusję. Według portalu interia.pl 60% Belgów popiera "małżeństwa" homoseksualne. To pisałem ja, Maciek

Subiektywna mapa