Jakoś minął pierwszy tydzień na uczelni. Jak na razie nie było ciężko. Dzisiaj mieliśmy wolne a i w poprzednie dni nie siedzieliśmy po 8 godzin. Wczoraj kalibrowałem pipety, przedwczoraj studiowałem jedną publikację. Takie stopniowe wchodzenie w prawdziwy projekt.
Studia (a zwłaszcza Erasmus) to nie tylko nauka. Wczoraj wieczorem poszliśmy na studenckie party - koncert jakiegoś rockowego zespołu, na który przyszło sporo ludzi z wymiany i nie tylko. Może setka - nie liczyłem. Najwięcej to chyba było Hiszpanów, ale udało się też namierzyć Polaków. To takie proste wcale nie było, bo przy tej ilości decybeli usłyszeć w tłumie ojczysty język nie jest łatwo. Pomógł T-shirt z polskim nadrukiem. Koncert taki średni, publiczność trochę mniej ruchoma niż u nas. Jedno piwo dostaliśmy gratis. Niefajnie tylko że dawali je w małych kubeczkach - 0,2l.
Co jeszcze? W ramach poznawania miasta udało mi się odnaleźć drogę do Lidla. Bardzo daleko to nie jest, ale bez mapy nie dałbym rady. Jak doszedłem do wieży, to potem tylko w prawo, lewo, prawo, prawo, lewo, lewo, prawo i po lewej. Nic nie kupię, tylko sprawdzę jakie ceny - obiecywałem sobie. Kupiłem dużą reklamówkę, żeby pomieścić resztę.
Jutro dojedzie Maciek, ale zanim go powitamy, czeka nas spotkanie z belgijską biurokracją. Każdy "obcy" przebywający tu trochę dłużej musi sie zarejestrować w Urzędzie Miasta. Najpierw będzie to wielogodzinne czekanie w kolejce - miejmy nadzieję uwieńczone sukcesem, tj. spotkaniem z urzędnikiem. Potem -kiedyś - ma przyjść do mieszkania policjant i sprawdzić czy faktycznie pod danym adresem się mieszka. Planujemy być tam jutro o ósmej rano, czyli wtedy, kiedy ten urząd otwierają. Nasz współlokator z Nepalu powiedział, że on był o siódmej i już przed nim w kolejce stało 21 osób. W sobotę osób ma być jeszcze więcej. Zobaczymy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz