środa, 29 października 2008

morze

Jest środek tygodnia, dlatego dobrze powspominać ciekawsze czasy, czyli weekend.

W sobotę mieliśmy kolejną wycieczkę. Tym razem nad morze. Ostenda to piękna nadmorska miejscowość z długaśną plażą. Z resztą nie tylko długą, ale i szeroką, o czym przekonaliśmy się przychodząc podczas odpływu. Plaża była pod molo, na którym parę godzin wcześniej wędkarze zawzięcie łowili ryby. Łatwiej niż ryby, na straganach, można było znaleźć owoce morza. Będąc nad Morzem Północnym, sałatki „owocowej” nie można było nie spróbować.

Był ładny kościół, który był zamknięty z powodu remontu. Było muzeum do którego nie poszedłem i był wielki dmuchany smok, który oddychał i w którego wnętrzności można się było zagłębić. To nie było muzeum anatomii, ale bardziej dom strachów. Nie najlepsza forma rozrywki dla małych dzieci, które bardzo ekspresywnie dawały znać, że chcą już stąd wyjść.

Z wyprawy, oprócz muszelek, przywieźliśmy 1 giga zdjęć, dlatego nie ma się co dziwić, że tak kolorowo jest na tym poście. I nie ma się co dziwić, że tyle zdjęć robiliśmy: poniższe np. trzeba bylo powtarzać 12 razy. Za to skakanie mamy zaliczony sport za cały miesiąc.

Z ostatniej chwili

Tym razem krótka informacja.

Jako, że zachwalamy tutaj wyjazd na studia/praktyki zagraniczne, pomyślałem że zachwaliliśmy go już wystarczająco i kogoś może zainteresować wiadomość, że na Politechnice Wrocławskiej właśnie ruszyła dodatkowa rekrutacja do programu Erasmus w semestrze letnim roku 2009. Czasu nie ma zbyt wiele. Do 15 listopada trzeba złożyć aplikację na swoim wydziale, a do 28 listopada - wymagane dokumenty w Dziale Współpracy Międzynarodowej.
Szczegóły na stronie politechniki.

wtorek, 21 października 2008

w labie

Klikam "Run". Ruchoma część urządzenia przesuwa się na prawą stronę, wyciąga z pudełka mikrostrzykawkę i razem z nią przesuwa się nad pojemniczek, w którym znajduje się zawiesina bakterii. Wysysa 100 mikrolitrów i przemieszcza się nad płytkę z podłożem. Kiedy igła powoli przesuwa się po powierzchni agaru, płytka z podłożem się kręci (trochę to przypomina stary adapter z płytą gramofonową) i w ten sposób bakterie są równomiernie rozprowadzone po całej powierzchni. Strzykawka podnosi się i zostaje wrzucona na do pojemnika na zużyte strzykawki. Całe to przedstawienie trwa 37 sekund. Nie dane jest mi jednak w spokoju się temu przyglądać. W tym czasie muszę przygotować następną próbkę: wziąć właściwą probówkę, wstrząsnąć ją w specjalnym urządzeniu, po otworzeniu ogrzać jej końcówkę nad palnikiem, nalać do kubeczka, przed zamknięciem znów przystawić do palnika, odłożyć we właściwe miejsce i wziąć odpowiednią płytkę. Albo: wziąć pipetę, nabić na nią końcówkę, z plastikowej torebki pobrać 1 ml, nalać zawiesinę do pojemnika, końcówkę wrzucić do worka a torebkę zawiązać na supeł (to najwięcej czasu zajmuje), wyrzucić i wtedy wziąć płytkę. Nic trudnego, nawet fajna zabawa. Zabawa przestaje być fajna, jeśli trzeba ją powtórzyć 436 razy.
Niby nic wielkiego. 4 kultury bakteryjne, 3 rozcieńczenia, 6 mieszanin antybakteryjnych, 3 próby każdego wylane na 2 płytki każda. To są małe liczby. Gdzie jest haczyk? Teraz trzeba to wszystko przez siebie przemnożyć. Można jeszcze dodać kilka płytek kontrolnych i wychodzi taka duża liczba. Tylko mnożyć, dodawać; nie idzie jakoś tego podzielić, żeby liczba była bardziej znośna? Można: przez jednego Tobiasza, ale to za bardzo wyniku nie zmieni.

niedziela, 19 października 2008

Urodziny




Tak, jak wcześniej pisał Tobiasz, niedzielne wspólne gotowanie stało się tradycją. Dzisiaj mieliśmy specjalną okazję, dlatego obiad wymagał specjalnej oprawy. Było spaghetti (w ilości, która napełniłaby brzuchy całej armii głodomorów), wino, szampan, a nawet torcik. W ten sposób uczciliśmy 23. rocznicę dnia, w którym świat uradował się z pierwszego krzyku Tobiasza. Niech nam żyje sto lat!

Nie wiem, jak ten dzień będzie wspominał jubilat. Nie do końca był on dla niego szczęśliwy. Najpierw okazało się, że cheeseburger, którego zamówił w okienku z żółto-czerwonym logo, jest 2 razy droższy niż hamburger, a później nieznana siła spowodowała, że moneta, którą wrzucał do automatu z napojami wpadła pod automat i nie dało się jej stamtąd wydobyć. Może z pozycji studenta w Polsce nie wydaje się to bardzo wielką stratą, ale tutaj jej dotkliwość trzeba mnożyć, w przybliżeniu, przez 3,5...

Sobota

Opisać dzisiejszy dzień... Tutaj pojawia się problem, bo nie wiem kiedy dzień się zaczął. Jeśli w momencie obudzenia, to niewiele zdążyło się dziś wydarzyć. Było już po 14 gdy dzwonił budzik. Co robi student zaraz po obudzeniu? Je śniadanie, ogląda Teleexpress. Ja byłem lepszy, wstałem szybciej. Siedem godzin snu to nie jest wcale tak dużo. Zamiast telewizora włączyłem komputer i próbowałem coś naukowego napisać. Próbowałem jest dobrym czasownikiem, bo niedokonanym. Coś jeszcze? Obiadokolacja, piwko u Maćka i to by było na tyle dzisiejszego dnia.

Chyba, że dzień zaczyna się o godzinie 0.00. Siedziałem wtedy z Erasmusami (Francuz, Francuska, Irlandczyk, Włoch, dwie Słowaczki i ja) w sąsiednim miasteczku. O dwunastej byliśmy już po ręcznie robionym spaghetti, winach i kracie piwa i właśnie wychodziliśmy na miasto. Potem była jeden bar, gdzie o czwartej zrobiło się już pustawo. Na szczęście udało nam się znaleźć inny klub, w którym coś się jeszcze działo. Tam też siedzieliśmy do końca. „Siedzenie” nie jest najwłaściwszym słowem. Po piątej byliśmy ostatnim drgnieniem parkietu.

Im ciężej pracuję w tygodniu, tym intensywniej bawię się w weekend. Jeśli siedzi się (i znowu: słówko „siedzi” jest nie na miejscu) w laboratorium od ósmej do siedemnastej, a z godzinnej przerwy obiadowej wraca po 25 minutach, bo bakterie czekają, to pod koniec tygodnia można mieć naprawdę dosyć. Zapomniałem dodać, że w wolnych chwilach trzeba opracowywać wyniki i pisać wstęp teoretyczny do pracy. I że często bywam w niedoczasie.

Ogólnie, nie jest lekko, ale jest fajnie.

czwartek, 16 października 2008

Frituur

Drodzy Państwo! Dzisiaj podzielę się z Wami sekretem. Być może jest to nawet najbardziej skrywana przez Belgów tajemnica. Narażając życie poświęciłem się, aby ją odkryć. A było to tak...

Dzień, jak co dzień. Wczesnym wieczorem zszedłem do kuchni zrobić kolację. Ostrożnie otworzyłem drzwi i moim oczom ukazał się najzwyklejszy widok. Kuchnia ta sama co wczoraj, tylko trochę większy w niej nieporządek. W pokoju obok właścicielka domu oglądała telewizję - mecz Belgia - Hiszpania. Na stole kuchennym błyszczała stalowa miska. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że kryje cenną, złocistą zawartość. Jak sroka od razu chciałem przygarnąć tę błyskotkę. Zrobiłem krok, wyciągnąłem dłoń i już tylko centymetry dzieliły mnie od niej. Wtem z pokoju obok dobiegł mnie głos. Serce przyspieszyło - zostałem przyłapany. W misce był jeden z dwóch słynnych belgijskich specjałów koloru złotego.
Jeśli jesteś studentem, to pewnie pomyślałeś o piwie - to błąd. W misce leżały frytki. Słowa właścicielki, która je usmażyła zachęcały do poczęstowania się nimi. Nie opierałem sie jej namowom i szybko sprawdziłem jak smakują. To jest właśnie ten moment, kiedy narażałem życie. Przecież mogły być niedobre lub, co gorsza, zatrute ;)

Dla Belgów smażone w głębokim oleju słupki z ziemniaków są tradycyjnym daniem. Najczęściej jada się je z majonezem i odrobiną soli. Na każdym rogu można znaleźć Frituur, czyli bar serwujący frytki z różnymi sosami i pod różnymi postaciami.

Frytki były naprawdę smaczne, a co mnie najbardziej zdziwiło - były chrupiące. Po 4 studenckich latach, kiedy frytki przygotowywane przez moich kolegów miały zwykle konsystencję zwiędniętej rośliny, była to znacząca odmiana.
Przyszła pora, by z Pani Właścicielki "wycisnąć" sekret przyrządzania frytek. Sprawa jest prosta: najpierw kroimy ziemniaki w słupki centymetrowej grubości, później smażymy w temperaturze 140 st. C, wyciągamy z oleju i zostawiamy do ochłodzenia. Takie frytki jada się we wrocławskich akademikach. Tutaj smaży się je po raz drugi w temperaturze 180 st.C. Kiedy mają już odpowiedni kolor, można częstować nimi gości. Polecam!

Przy "wyciskaniu" tych tajnych informacji nie używałem żadnych narzędzi tortur. Wystarczyło zapytać ;)

pralnia

Polska jest lepsza niż Belgia, bo u nas są pralki w mieszkaniach, a tutaj nie!

Nadszedł dzień, kiedy ręce dały znać, żebym tym razem poszedł do pralni i dał sobie spokój z praniem ręcznym. I o tym pierwszym spotkaniu z belgijską pralnią dzisiaj opowiem.
Tak to w tym kraju jest, że wszystko napisane jest po flamandzku i czasem po francusku, więc chwilę to trwało, zanim się zorientowałem co-gdzie-jak. Żeton na pranie kupiłem bezbłędnie. Chcąc kupić proszek, straciłem 20 centów. Wrzuciłem je do jakiegoś dziwnego automatu, który nic - oprócz zabrania monety - nie zrobił. Spytałem się jednej pani gdzie się kupuje proszek, a ona wskazała mi urządzenie, o którym byłem przekonany, że służy do sprzedawania słodyczy i chipsów. To takie małe, kolorowe proszki były, a nie chipsy. Ale do kupna zabrakło tych centów które już wrzuciłem. Poszedłem rozmienić banknot, a po powrocie zauważyłem, że ktoś zostawił resztę i nie musiałem chodzić do piekarni. Kupiłem proszek, który okazał się jakimś płynem do płukania (chyba) a nie proszkiem, więc spróbowałem jeszcze raz. Tym razem skutecznie.
Poszło! To znaczy nie wszystko, bo pojemność pralki była dwukrotnie mniejsza od objętości ubrań jaką chciałem tam zmieścić. Ledwie pranie ruszyło, jakaś staruszka mnie zawołała i poprosiła, żebym zadzwonił po taksówkę dla niej, bo ona nie ma telefonu. Ja naprawdę nie wiem, jak ja się z tą panią porozumiałem. Nawet nie wiem czy mówiła po francusku czy flamandzku. Telefon wykonałem, za co dała mi pięć euro, czyli mniej więcej tyle, co wyniosło mnie to pranie.
Żeby porządnie opracować temat pralni dodam, że były tam jeszcze inne urządzenia. Suszarki, które są podobne do pralek; coś co wygląda jak autoklaw (zbyt dużo czasu spędzam w laboratorium mikrobiologicznym) i takie urządzenie do prasowania, które wygląda jak nie wiem co.

niedziela, 12 października 2008

muzycznie

Gdy się obudziłem, zegar na komórce wyświetlał czwartą dwadzieścia. Jak na tą godzinę, to byłem dosyć wyspany. Zacząłem się zastanawiać, czy na pewno jest po czwartej, skoro przez roletę docierają już promienie słońca. Najpierw pomyślałem sobie: Tobiasz, nie kombinuj! Jest czwarta i powinieneś znowu zasnąć. Ale ciekawość zwyciężyła lenistwo i podszedłem do biurka zerknąć na drugi zegarek. Dziewiąta trzydzieści. Poprzedniej niedzieli miałem podobną sytuację. Wtedy się późnił o jakąś godzinę. Ciekawe, że zawsze zdarza się to w niedzielne poranki...
Do kościoła zdążyłem, a po mszy zostałem dłużej. Powiedziałem, że byłem organistą i wpuszczono mnie bym sobie pograł. Taka godzina to zawsze coś, a organy to coś więcej niż gitara.
Potem był obiad. Tym razem jedliśmy omlety. Z pieczarkami, pomidorem, serem i szynką, której Ci u nas dostatek. Tworzy się taki zwyczaj, że niedzielny obiad gotujemy wspólnie. Tym razem Marta najbardziej maczała w tym palce.
A teraz najbardziej godne zapisania: poszliśmy dziś na koncert. W Gent trwa teraz słynny festiwal filmowy i z tej okazji odbył się koncert, podczas którego Orkiestra Filharmonii w Brukseli grała utwory John'ego Williamsa. Jeżeli ktoś nie kojarzy tego nazwiska to powiem, że jest to twórca muzyki do takich filmów jak: Gwiezdne Wojny, Indiana Jones, Szczęki, Harry Potter, E.T., Lista Schindlera, Patriota, Park Jurajski, Kevin sam w domu, Hook, Szeregowiec Ryan, Siedem lat w Tybecie, Wyznania gejszy, Wojna światów i wielu innych. Na tym koncercie nie dało się nudzić. Znane wszystkim z filmów, a wykonywane przez orkiestrę, utwory w połączeniu w wyświetlanymi na wielkim ekranie fragmentami tych filmów, tworzyły razem coś niesamowitego.

Za pan brat ze Średniowieczem.

Na północny wschód od Gandawy leży Brugia - miasto, które swój rozkwit przeżywało między 12. a 15. wiekiem. Zaczeło się od tego, że po wielkim sztormie powstało połączenie miasta z morzem. To umożliwiło rozwój handlu z Anglią. Bogactwo przyciągnęło władców, a ich dwory artystów. Jednak po pewnym czasie naturalny kanał zaczął sie zamulać. Port stracił na znaczeniu, w 17. wieku upadło słynne koronkarstwo. Podupadło i samo miasto. Na szczęście koniec ubiegłego wieku przyniósł pozytywne zmiany.

Brugia, jako jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast na świecie zaczęła przyciągać tłumy turystów. Dzisiaj, gdy handel suknem z Anglią, nie daje już utrzymania mieszkańcom Brugii, ważną gałęzią tamtejszej gospodarki jest turystyka.
My też nie mogliśmy się oprzeć wizjom, które przywodziły na myśl określenia typu "Wenecja Północy". Postanowiliśmy się przekonać, czy warto odwiedzić to niewielkie miasto.
Wyruszyliśmy w sobotę i po niespełna półgodzinnej podróży koleją byliśmy na miejscu. Tym razem nie poszliśmy "na żywioł". Najpierw skierowaliśmy swe kroki do punktu informacji turystycznej, kupiliśmy przewodnik i podążaliśmy ścieżkami przemierzonymi już przez miliony turystów.


Brugia rzeczywiście zachwyca starymi budynkami, kościołami, brukowanymi ulicami, wąskimi kanałami, nad którymi biegną kamienne i drewniane mosty. Widzieliśmy jeden z najstarszych szpitali w Europie - Szpital Św. Jana z 1188 r. Bazylikę Świętej Krwi - w której przechowywana jest relikwia - fiolka z krwią Chrystusa. W jednym z tutejszych kościołów można zobaczyć rzeźbę dłuta samego Michała Anioła.
Tym razem zwiedzaliśmy też muzea. Najpierw poznaliśmy zarys technologii produkcji piwa Brugse Zot w miejscowym browarze(zgodnie z naszym kierunkiem kształcenia - w końcu nie przyjechaliśmy do Belgii odpoczywać), a później w Muzeum "Choco Story" dowiedzieliśmy się skąd się wzięła czekolada. O ile wizyta w browarze była dość ciekawa, to muzeum czekolady nie zrobiło na mnie wrażenia. Trzeba być prawdziwym maniakiem tego wyrobu, żeby docenić mnogość starych opakowań, skrupulatny opis ewolucji napojów z nasion kakaowca i szkice przedtawiające pierwsze maszyny uzywane przy produkcji. Najbardziej intereującym punktem zwiedzania była demonstracja produkcji czekoladek i pralinek prowadzony przez belgijskiego specjalistę. Należy wspomnieć, że prezentajca zakończona degustacją.


Brugia jest miastem turystycznym aż do bólu. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że co 3 sklep w centrum sprzedaje belgijskie czekoladki, a co czwarty koronki. Oprócz tego dużo jest tzw. chińszczyzny. Mimo to warto tu przyjechać, nawet jeśli nie lubi sie chodzić po utartych szlakach.

W czasie zwiedzania zawitaliśmy do urzędu miejskiego. Tutaj byliśmy świadkami niecodziennej uroczystości. Przed wejściem stało zabytkowe BMW przystrojone dla młodej pary. Przed drzwiami do urzędu ustawili się goście z ryżem w rękach. Po chwili na zewnątrz wyszło dwóch panów młodych. Życzenia składały im całe rodziny. Tak, nie ma się co dziwić! Belgia to kraj bardzo tolerancyjny. Zezwoliła na legalizację związków homoseksualnych już w 2003 roku. Trzy lata później możliwa była już adopcja dzieci, przez takie pary. Ta druga decyzja jest dla mnie całkowicie niezrozumiała, ale nie czas na dyskusję. Według portalu interia.pl 60% Belgów popiera "małżeństwa" homoseksualne. To pisałem ja, Maciek

piątek, 10 października 2008

zamiast słów

Aby zachować równowagę zdjęciowo tekstową, nie będę opisywał jak daleko zaszedłem podczas dzisiejszego spaceru, dlaczego wyszedłem ani co zobaczyłem. Niech te zdjęcia wystarczą.




środa, 8 października 2008

run Forrest, run

Maciek jeździ rowerem, ja na uczelnię mam zbyt blisko. Ale żeby moim jedynym sportem nie było wchodzenie po schodach (schodzenie jest jeszcze trudniejsze - w ramach oszczędzania przestrzeni Belgowie budują bardzo wąskie domy, a schody w nich to już w ogóle masakra), postanowiłem się zmęczyć na sposób sportowy i zrobiłem to, co w swoim czasie zrobił Forrest Gump. Wybiegłem z domu.
Byłem do tego dobrze przygotowany. Miałem wszystko co do biegania potrzebne: poczynając od adidasów, na aerodynamicznej fryzurze kończąc. Nie miałem aparatu (tzn. fotograficznego, bo z tym drugim nie rozstaję się prawie wcale), więc nie narzekajcie że ten post jest tak mało kolorowy. Gdybym zrobił zdjęcie, z pewnością uwieczniłbym na nim znak, informujący o wjeździe do Gent, który minąłem :)
Co jeszcze można napisać na temat biegania? Że czasem warto jest się zmęczyć. I że to chyba bardziej umacnia charakter, niż kondycję.

poniedziałek, 6 października 2008

Niebieskie ptaki do paki!

Kto to myślał, żeby strajkować i to jeszcze w taki uciążliwy sposób?! Nie można było kulturalnie, pojedynczo, w Brukseli... Najpierw pojechaliby kierowcy autobusów, tydzień później maszyniści, później pielęgniarki i lekarze, urzędnicy, personel sklepów, listonosze, pracownicy dużych przedsiębiorstw. Jeśli już musieli strajkować, to mogli się podzielić. Ale nie! Musieli wszyscy jednocześnie. Nawet szkoły był pozamykane.

Laboratorium nie strajkowało. Miałem w nim być o 9.
Wiedziałem, że czeka mnie długi spacer. Ubrałem wygodne buty, wziąłem mapę i ruszyłem na południe. Całe szczęście, że pogoda była dobra. Uznałem, że to świetna okazja, żeby przyjrzeć się miastu. Ulice były ciche i tylko sporadycznie mijali mnie przechodnie lub rowerzyści. Skojarzyło mi sie to z jakimś polskim "długim weekendem". Nikt się nigdzie nie spieszył. Może poza mną. Słońce, które przez ostatnie kilka dni chowało się za chmurami, dzisiaj malowało trawniki soczystą zielenią. Po ponad półtoragodzinnej przechadzce byłem na miejscu. Lekko zziajany i spóźniony jedynie o godzinę. Całe szczęście, że moje tłumaczenie o autobusach spotkało się ze zrozumieniem. Niestety okazało się, że tym razem wyjątkowo nie było nic do zrobienia. -Mogłeś zostać w domu. - usłyszałem z ust Martin. Czy było warto wstawać? Tak, w drodze powrotnej wypożyczyłem rower. Będzie mój przez następne 3 miesiące. Teraz żaden strajk mi nie straszny.

strike

Kolejny już raz postanowiłem wybrać się do urzędu, by się wreszcie zameldować. Tym razem udało mi się wstać. Było ciemno, gdy wychodziłem z domu. Ponieważ nie chciało mi się jakoś bardzo iść, poszedłem na przystanek, wydałem 1,20 na bilet i czekałem na tramwaj. Po jakichś 8 minutach pomyślałem, że to coś nie tak że tramwaje o tej porze tak rzadko jeżdżą. Wtedy mi się przypomniało: strajk. Jednak strajkują. Dobrze przynajmniej, że Gandawa nie jest wielkim miastem i można się po niej poruszać piechotą. Jeszcze zanim ruszyłem, zacząłem się zastanawiać, czy jeśli komunikacja miejska stoi, to czy tacy pracowici ludzie, jak urzędnicy, też nie zrobili sobie wolnego. Gdybym nad tym się zastanawiał jeszcze przed wstaniem, zaraz po skręceniu budzika, jestem pewien, że z ciepłego łóżeczka bym się nie ruszył. Wiem, bo zawsze gdy słyszę swój budzik próbuję znaleźć argumenty, które pozwolą mi jeszcze trochę poleżeć. Ale nie było już odwrotu. Byłem obudzony i do urzędu trzeba było iść, chociażby po to, by sprawdzić, czy warto było wstawać, czy nie. Nie warto było.

niedziela, 5 października 2008

zwiedzanie

Wczoraj, w piątek, KaHo zorganizowała dla zagranicznych studentów zwiedzanie miasta z przewodnikiem. W dwie godziny nie da się powiedzieć wszystkiego o mieście z tak bogatą historia jak Gandawa, ale parę rzeczy się wyjaśniło. Na przykład to, dlaczego na kilku słupach namalowane zostały malutkie flagi Polski (ten biało-czerwone symbole ponoć oznaczają drogę do Santiago de Compostela). Albo czemu w jednej dzielnicy miasta malowane są na murach szubienice (długa historia, nie chce mi się pisać).
Najważniejszym celem wycieczki była integracja Erazmusów. Nie mamy wspólnych zajęć i praktycznie nie ma okazji to poznania się, dlatego tego typu inicjatywy są bardzo potrzebne. Godnym wspomnienia jest fakt, że nasza uczelnia zafundowała nam na koniec piwo. Na frytki poszliśmy z własnej inicjatywy. W tym międzynarodowym towarzystwie znalazły się nie tylko osoby z Polski, ale również Słowacji, Irlandii, Hiszpanii, Francji, Albanii, Brazylii, Indii, Nepalu, Malezji, Chin, Etiopii i mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Wzajemne przenikanie się różnych kultur; ludzi, którzy mają inne zwyczaje i inny styl życia, jest bardzo istotnym i ciekawym aspektem programu Erasmus. Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy, m.in., że Halloween wymyślili Irlandczycy, a nie Amerykanie.

A dzisiaj (sobota) zwiedzania ciąg dalszy. Tym razem nie Gandawa, ale Antwerpia. Też stare i w przeszłości potężne miasto. Obecnie, z resztą, też odgrywa dużą rolę, choćby z powodu portu - drugie pod względem wielkości miasto portowe w Europie. Nie mieliśmy przewodnika, więc zanim trafiliśmy do centrum, zwiedziliśmy inną część miasta. Na swój sposób ciekawą i bardzo wielonarodowościową. Sklepy irańskie, tureckie, brazylijskie, afrykańskie oraz polskie. W ogóle najpierw to oczywiście zobaczyliśmy dworzec. Ponad stuletni, odrestaurowany gmach, na którym perony znajdowały się na 3 albo 4 piętrach. Dotarliśmy w końcu do katedry. Warto było poświęcić na ten cel 2 euro - środku było dużo do zobaczenia. Na przykład obrazy Rubensa – dopiero będąc tam zdałem sobie sprawę, że ten słynny malarz pochodzi właśnie stąd. Próbowaliśmy potem pójść do jego domu (Rubenshuis), ale już był zamknięty. Co jeszcze? Spacer wzdłuż i pod rzeką Skaldą. Tunel miał ponad pół kilometra. Włoska restauracja, taka restauracja gdzie piliśmy piwo, plac zabaw zrobiony z fragmentów statków (może to nie był plac zabaw, ale my świetnie się bawiliśmy). W kilku miejscach nas nie było, ale wiemy że w Antwerpii nie byliśmy po raz ostatni.

środa, 1 października 2008

Tak, dziewczyny pamiętały, chociaż ja sam zapomniałem o tym dniu. To było miłe.

Dzisiaj napiszę o 2 rzeczach.
Dzień zacząłem od podróży do kliniki, gdzie znajduje się laboratorium, w którym mam praktykę. Podróż = 3 autobusy = 1h. To i tak dobrze, bo pierwszego dnia pomyliłem drogę na przystanek i na miejsce dotarłem po 2 godzinach. Przy okazji wyszedłem wtedy poza granice miasta i mogłem zrobić to piękne zdjęcie.
Druga sprawa, to radosna nowina o tym, że od dzisiaj jestem studentem Universiteit Gent. Przy okazji dopełniania formalności związanych z rejestracją na uniwersytecie zauważyłem wygodne rozwiązanie. Dokumenty musiałem zanieść do rektoratu. Tam w korytarzu, na dotykowym ekranie komputera, zaznaczyłem w jakiej sprawie przyszedłem i dostałem "bilet" z numerem. W poczekalni było dużo ludzi, ale nie stali w kolejce przestępując z nogi na nogę. Wszyscy siedzieli. Nad wejściem do części biurowej wisiał ekran. Na nim widniały numery "biletów" i litery określające pokój do którego petent ma się udać. Kiedy na ekranie pojawiała się nowa informacja, oczekujący byli o tym informowani dźwiękiem. Mój wyświetlił sie po 15 minutach. Dla niektórych może to wyglądać na opowiadanie z gatunku science-fiction. Trudno sobie wyobrazić przestrzeń przed dziekanatem, w której nie ma kolejki lub co gorsza - zbiorowiska ludzi, które nie ma długości, ale można je przez promień i gęstość. Czy na PWr nie można zainstalować takiego systemu?
P.S. Mam legitymację, więc teraz mogę wypożyczyć rower. Najlepszy środek transportu w Gandawie.


Maciek

pamiętały

Pamiętały. A już w nie zwątpiłem. Do tego święta nigdy nie przywiązywałem większej wagi, ale jeśli się mieszka z trzema kobietami, to Dzień Chłopaka wypadało by jakoś uczcić. Już planowałem się poskarżyć na blogu.
Wszystko wcześniej zaplanowały. Niby nic, pójdziemy dziś odwiedzić Maćka. Nie wyczułem podstępu. A powinienem, bo wychodzenie w taką pogodę, na drugi koniec miasta nie jest w ich stylu. No i gdy dotarliśmy na miejsce, wręczyły nam po zestawie "duży chłopiec" (guma do żucia, lizak, oranżada w proszku etc).

Fajnie :)

Subiektywna mapa