W sobotę mieliśmy kolejną wycieczkę. Tym razem nad morze. Ostenda to piękna nadmorska miejscowość z długaśną plażą. Z resztą nie tylko długą, ale i szeroką, o czym przekonaliśmy się przychodząc podczas odpływu. Plaża była pod molo, na którym parę godzin wcześniej wędkarze zawzięcie łowili ryby. Łatwiej niż ryby, na straganach, można było znaleźć owoce morza. Będąc nad Morzem Północnym, sałatki „owocowej” nie można było nie spróbować.
Był ładny kościół, który był zamknięty z powodu remontu. Było muzeum do którego nie poszedłem i był wielki dmuchany smok, który oddychał i w którego wnętrzności można się było zagłębić. To nie było muzeum anatomii, ale bardziej dom strachów. Nie najlepsza forma rozrywki dla małych dzieci, które bardzo ekspresywnie dawały znać, że chcą już stąd wyjść.
Z wyprawy, oprócz muszelek, przywieźliśmy 1 giga zdjęć, dlatego nie ma się co dziwić, że tak kolorowo jest na tym poście. I nie ma się co dziwić, że tyle zdjęć robiliśmy: poniższe np. trzeba bylo powtarzać 12 razy. Za to skakanie mamy zaliczony sport za cały miesiąc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz