Nadszedł dzień, kiedy ręce dały znać, żebym tym razem poszedł do pralni i dał sobie spokój z praniem ręcznym. I o tym pierwszym spotkaniu z belgijską pralnią dzisiaj opowiem.
Tak to w tym kraju jest, że wszystko napisane jest po flamandzku i czasem po francusku, więc chwilę to trwało, zanim się zorientowałem co-gdzie-jak. Żeton na pranie kupiłem bezbłędnie. Chcąc kupić proszek, straciłem 20 centów. Wrzuciłem je do jakiegoś dziwnego automatu, który nic - oprócz zabrania monety - nie zrobił. Spytałem się jednej pani gdzie się kupuje proszek, a ona wskazała mi urządzenie, o którym byłem przekonany, że służy do sprzedawania słodyczy i chipsów. To takie małe, kolorowe proszki były, a nie chipsy. Ale do kupna zabrakło tych centów które już wrzuciłem. Poszedłem rozmienić banknot, a po powrocie zauważyłem, że ktoś zostawił resztę i nie musiałem chodzić do piekarni. Kupiłem proszek, który okazał się jakimś płynem do płukania (chyba) a nie proszkiem, więc spróbowałem jeszcze raz. Tym razem skutecznie.
Poszło! To znaczy nie wszystko, bo pojemność pralki była dwukrotnie mniejsza od objętości ubrań jaką chciałem tam zmieścić. Ledwie pranie ruszyło, jakaś staruszka mnie zawołała i poprosiła, żebym zadzwonił po taksówkę dla niej, bo ona nie ma telefonu. Ja naprawdę nie wiem, jak ja się z tą panią porozumiałem. Nawet nie wiem czy mówiła po francusku czy flamandzku. Telefon wykonałem, za co dała mi pięć euro, czyli mniej więcej tyle, co wyniosło mnie to pranie.
Żeby porządnie opracować temat pralni dodam, że były tam jeszcze inne urządzenia. Suszarki, które są podobne do pralek; coś co wygląda jak autoklaw (zbyt dużo czasu spędzam w laboratorium mikrobiologicznym) i takie urządzenie do prasowania, które wygląda jak nie wiem co.
1 komentarz:
Czyli na praniu w domu najgorzej wychodzę ja. Też muszę za nie płacić, a nie ma szans na takie przygody i niespodzianki ;)
Prześlij komentarz