wtorek, 4 listopada 2008

weekend i okolice

To nie jest tak, że jak nic nie piszę, to znaczy, że się nic nie dzieje. Wręcz przeciwnie: czasu brakuje, a czasem siły, żeby to co się dzieje opisywać. W skrócie, co się ostatnio działo:

Czwartek:
Kameralna imprezka: pięć osób, cztery wina - z czego jedno dwulitrowe. Sprawdziło się mądre porzekadło: tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. I rzeczywiście. Ta dwulitrowa butelka wniosła dużo radości i to jeszcze przed jej otworzeniem.
Chwilowo nie było neta, więc tym razem nie mogliśmy odtworzyć piosenek naszej wczesnej młodości ani disco polo. Czasem cicho pobrzmiewała gitara. Z tego co potem mówiła mieszkająca na dole Izabell to ten czas był długi, cicho nie było i "pobrzmiewała" też można by zastąpić innym słowem.
Maciek, nie wiedzieć czemu, wolał nie wracać rowerem. Przekimał u nas.
Te zdjęcia są ciut rozmazane, a my na nich niewyraźni, ale w ten sposób lepiej oddają tamtą czwartkową rzeczywistość.

Piątek:
Przyjeżdżają goście. Wyciągnąłem golarkę, że ulepszyć "fryzurę". Po minucie (albo jakichś 12 centymetrach kwadratowych) przestała działać. Naładowanie w takim stopniu, żeby skończyć główkę, trwa dobrych kilka godzin, więc jak tonący, chwyciłem za brzytwę, czyli klasyczną maszynkę napędzaną siłą mięśni. Pierwszy raz używałem jej w tym celu. Tył głowy próbowałem zobaczyć w odbiciu okna w lustrze. Masakra. Tzn., masakrą by się skończyło, gdyby mnie Marta nie uratowała, która sprawiła mi fryzurę ostateczną. Ostateczną tzn. taką, z której nie da się zmienić na żadną inną. No, ewentualnie tatuaż na głowie mógłbym sobie zafundować, ale to może innym razem.

Sobota:
Okazja do zwiedzenia Gandawy. Razem z Basią (którą widać na tym zdjęciu na drugim planie) i Martajnem wchodzimy na jedną z 3 wież (Belfry), na której gra carillon (taki instrument jak organy, tylko że zamiast piszczałek są dzwony). Zwiedzając katedrę natrafiamy na koncert (młodzież gra i śpiewa Mozarta i utwory kilku innych znanych muzyków). W międzyczasie zahaczamy o PizzaHut i korzystamy z buffet pizza czyli nieograniczonej liczby dokładek.
Wieczorem mała imprezka - mała pod względem liczby butelek, bo nas było 9 osób. Anglojęzyczna, bo brały w niej udział mniejszości narodowe z Nepalu, Ekwadoru i Holandii. Próbowałem ich nauczyć (napisanej pod wpływem chwili) piosenki "W Szczebrzeszynie / chrząszcz brzmi w trzcinie / w Szczebrzeszynie chrząszcze brzęczą cały czas..."

Niedziela:
Po mszy zwiedzania nie było już wiele. Ale był obiad. Trudno w to uwierzyć, ale w naszej maleńkiej kuchni zmieściło się przy stole 8 osób. Menu: smoczy gulasz z ziemniakami.

Poniedziałek:
Party is over. Najwyższy czas na pisanie pracy. Nadrabiam zaległości komunikacyjne (gg, skajp), oglądam filmiki na youtubie, znajduję świetny śpiewnik internetowy i wypróbowuję go. Słowem wszystko, by jak najbardziej odwlec moment nauki.

Brak komentarzy:

Subiektywna mapa