wtorek, 16 grudnia 2008

odyseja belgijska

Ta podróż miała być o wiele łatwiejsza niż przyjazd autokarem z Wrocławia do Gandawy. Dojechać na lotnisko, a potem tylko wejść w samolot, by po półtorej godziny znaleźć się już we Wrocławiu. Nie będzie się czuło tego dystansu, tak krótki czas, że nawet nie warto brać prowiantu na drogę. Ja tam wziąłem dwie kanapki z serkiem, ale Marta z Gosią jechały cały dzień jedynie na lekkim śniadaniu. Przecież już za parę godzin zjemy obfitą kolację w domku.

Na początku wszystko szło planowo. Dojazd przez Brukselę do Charleroi a stamtąd na lotnisko odbył się bez większych przygód. Na lotnisku tradycyjne przepakowywanie bagaży, żeby się zmieścić 15 kg. Kontrola osobista to taki punkt, po którym się mówi: „uff!”, bo teraz nic już nam nie mogą zrobić. Zaraz po tej kontroli usłyszałem słowa, które wzbudziły niepokój: „Co mam zrobić, jeśli odwołali mój lot do Wrocławia”. NIEDOWIERZANIE, ale upewniam się, że czarny scenariusz się sprawdza. Z głośnika dochodzi komunikat, w którym wymieniają siedem lotów, które są odwołane z powodu mgły. Jak to można tak po prostu odwołać lot? Ja rozumiem, że musimy czekać 2-3 godziny, ale tak w ogóle odwołać. Za dwie godziny miałem być we Wrocławiu ale wiem, że na pewno nie będę. Nie wiem co będzie. ZAMIESZANIE, wzajemne pytanie się pasażerów: co teraz? Wiemy, że mamy się teraz ustawić w długaśnej kolejce (która wygląda tak, jakby się w ogóle nie poruszała) i tam nam powiedzą, co możemy teraz zrobić. W kolejce próbujemy się zorientować, co i jak. Nie wiemy nic konkretnego, tzn. słyszymy kilka sprzecznych ze sobą plotek. Wiele telefonów do bliskich w Polsce, by znaleźli nam jakieś inne połączenia – sposób na wydostanie się stąd. Po dłuższym czasie udaje mi się zauważyć panią w pomarańczowej kamizelce, która wygląda na kompetentną pracowniczkę lotniska. Po jeszcze dłuższym czasie udaje mi się od niej dowiedzieć, jak sprawy wyglądają . Dodatkowe koszty (średniej klasy hotel, taksówka) zostaną zwrócone, jeśli zdecydujemy się, mimo to, wrócić Ryanairem. Najbliższy lot, na który są miejsca, jest w niedzielę. A był poniedziałek. Czyli czekać 6 dni. A jak w niedzielę też będzie mgła, to co? Jeśli wrócimy na inny sposób (inna linia, autobus) to jedynie zwrócą nam pieniądze za bilet. Cena biletu jest typu: 0zl+opłaty, więc majątku nie zdobędziemy. Dla przewoźnika odwołanie lotu to nie jest wielka strata. Większa na pewno dla czekających tam ludzi. Wtedy myślałem, że tą notkę rozpocznę słowami: „Uprzejmie pragnę zniesławić Tanią Linię Lotniczą Ryanair...” Bo co można zrobić? NIEMOC. Wina lotniska, że nie mają nawigacji przeciwmgielnej (to w ogóle jest skandal, że na nowym lotnisku, w tak cywilizowanym kraju jakim jest Belgia, w którym pogoda jest podobna do angielskiej, czyli mgły bywają nierzadko, nie potrafią sobie poradzić z mgłą), ale czemu Wizzair z tego lotniska wyleciał? Fakt, że z opóźnieniem, ale wyleciał. A jeśli Ryanair nie mógł, to czemu nie zamówił autobusu, który nas zawiezie – jeśli nie na miejsce, to chociaż – na inne lotnisko, skąd już można latać. Albo czemu nie podstawili zastępczego samolotu następnego dnia rano. Po głowie chodziła mi wtedy piosenka http://www.youtube.com/watch?v=e9hpdinTTG8, którą ta firma zaczęła ostatnio puszczać podczas swoich lotów: „Let’s fly, let’s fly, fly fly Ryanair”. No właśnie: leć! A jak nie potrafisz, to daj sobie spokój z lataniem!

Dobrze, że byliśmy w grupie i wspólnie można było pokonywać te trudności. Bliscy dziewczyn znaleźli połączenie autobusowe z Brukseli, kupili nam bilet i przesłali mapę z opisem jak tam dojechać. WDZIĘCZNOŚĆ im za to. Wracamy do Brukseli i tam pokonujemy 2km by dość na miejsce parkingu. Później się okaże, że gdybyśmy wysiedli na następnej stacji, musielibyśmy przejść jedynie 50 metrów. Jesteśmy na przystanku i poznajemy jeszcze kilka osób z tego felernego lotu, które planują wrócić tym samym busem. My już za bilet zapłaciliśmy, inni zarezerwowali, a inny będą próbować się tak o wbić. Odetchniemy, jak już usiądziemy w tym autokarze. Póki co - czekamy. Wiemy, że bus ma godzinę opóźnienia. Jest ZIMNO. Wiem, że mogło być gorzej, mógł lać deszcz i być większy mróz, ale bez tego wszyscy, z zimna, przeskakują z nogi na nogę. Po półtorej godziny stania ktoś zadzwonił do biura i dowiadujemy się, że autobus będzie miał kolejne trzy, minimum dwie godziny spóźnienia. Fizycznie niemożliwe jest czekanie w takich warunkach tyle czasu. Idziemy - do pobliskiej knajpki na coś gorącego. Razem z nowo poznaną Dorotą rozmawiamy przy przyjemnej dla ucha muzyce i gorącej herbacie/kawie. Jest pozytywnie, nawet jakaś RADOŚĆ. Nastroje się poprawiły. Odwołany lot, spóźniony autobus. Będzie co opowiadać. Tyle złych rzeczy się wydarzyło, że teraz już musi być dobrze.

Po niecałych dwóch godzinach wracamy na przystanek. Czemu nikogo nie ma? NIEPOKÓJ. Pocieszamy się myślą, że na pewno przyszliśmy pierwsi i reszta zaraz dojdzie. Minuty mijają, a nikogo wciąż nie ma. Przez głowę przechodzą myśli, że autobus już przejechał, że wszyscy pojechali. Nie, nie może tak być. To by było zbyt tragiczne, żeby było prawdziwe. Czemu nie wzięliśmy numeru telefonu od żadnej z osób, której moglibyśmy się zapytać co się dzieje? Panie Boże, proszę Cię, żeby ten autobus jeszcze przyjechał. Jacyś ludzie idą. NADZIEJA... Nie, to przechodnie, bo bez plecaków. Spokojnie będzie dobrze. Ale już ponad kwadrans czekamy sami... Może tam idą te znajome dziewczyny? Czułem się jak spragniony na pustyni biegnący za fatamorganą. Tak! To one. Uff! Inni ludzie zaczynają się schodzić, więc przyjazd autobusu wkrótce staje się coraz bardziej prawdopodobny. Tak, jest! RADOŚĆ. Hurra! Weszliśmy. Nieważne, że w środku trochę śmierdzi, a towarzystwo wygląda nieciekawie. Ważne, że jedziemy.
Trochę po dwunastej, jeszcze w Belgii autokar stanął na parę minut pod jakimś chyba hotelem. Nie wiem po co, ale ktoś z pasażerów od razu krzyknął „darmowa noc w hotelu”. Nie, jedźmy. Nawet, gdybym miał się przespać w 4-gwiazdkowym hotelu, to ja wolę wracać już do domu. Dobrze jest, jedziemy. Stacja druga (2.30am) to była kontrola paszportowa (strefa Schengen). Potem był parking o godzinie 4.25am – idealna godzina na parking. Wyspałem się tej nocy, że hej. Ale ważne, że jadę. ZMĘCZENIE, ale RADOŚĆ, że w końcu dojeżdżamy do domu. Whooohooo!

Brak komentarzy:

Subiektywna mapa