Może coś napiszę...-odparłem, ale bez większego entuzjazmu.
"Jakie znów UFO?!" pomyślicie. Ano, najprawdziwsze. Zanim wyjaśnię, postaram się naszkicować krajobraz, w którym się pojawiło. Już tydzień wcześniej dziewczyny ostrzegały, żebym się przygotował, że cały weekend spędzę na Citroenstraat. Nie brałem tego do końca serio, ale skoro w piątek zaplanowana była impreza, przygotowałem się na nocleg u znajomych, bo z centrum trudno dostać się na Sint-Amandsberg, gdzie mieszkam.
Wieczór upłynął bardzo miło na rozmowach, słuchaniu muzyki i degustacji kolejnych gatunków piwa (Westmalle Trapist i Chimay, żadne nie przypadło mi do gustu). Później wybraliśmy się na podbój klubowej Overpoort Straat. Potwierdziły się nasze obserwacje. Belgowie nie potrafią się bawić przy muzyce. Tutejszy taniec w klubie składa się głównie z dyskretnych ruchów nóg, które skutkują lekkim kiwaniem się tułowia na boki lub do przodu (co jest potocznie nazywane w Polsce gibaniem się). Małe grupki znajomych stoją na parkiecie tworząc okręgi i rozmawiają. Wyłącznie przy wielkich hitach część imprezowiczów pozwala sobie na kilka podskoków, podniesione ręce i jakiś okrzyk. Nawet wtedy po 30 sekundach wracają do swojego ruchu podstawowego. Nasze kółko zdecydowanie się wyróżniało.
Po zdrowej porcji snu przywitaliśmy w kuchni nowy dzień.
Przyszła pora, by sprzedać butelki, które zajmowały już pół "ogrodu". Wystarczy napisać, że kaucja za butelki poważnie podreperowała nasz budżet na dzisiejszy obiad...
Ale, ale! Miało być przecież o UFO. To była dla mnie niemała niespodzianka. Sporo już zdjęć w życiu zrobiłem, ale UFO nie ustrzeliłem nigdy:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz