niedziela, 28 września 2008

Żaki w kuchni

Jak zrobić obiad, jeśli nie masz nic, co na obiad by się nadawało.

1. Pożycz od koleżanek kilka ziemniaków.
2. Jeszcze zanim zaplanujesz obiad, zacznij je gotować. To trochę trwa.
3. Znajdź w lodówce jakieś mięso. Kabanosy i krakowska sucha świetnie się do tego nadają. Przed wrzuceniem na patelnie drobno to pokrój. Niekoniecznie każdy musi widzieć, że ten fikuśny obiad to smażone kabanosy.
4. Sprawdź, czy w lodówce na pewno nie masz czegoś jeszcze. Wyciągnij ser żółty. Tak, serek topiony też.
5. Zrób sos. Woda jest w kranie, a sos w proszku pożycz od koleżanek. Wymieszaj i zacznij gotować.
6. Do tego sosu wrzuć serek topiony. A co?
7. To podsmażane "mięso" też wrzuć do sosu. Nie stresuj się, jeśli mieszanina zmieni kolor.
8. Poczekaj na ziemniaki. O tym, że trzeba było je solić, oczywiście, pamiętałeś.
9. Odcedź kartofelki. Umieść je na talerzu. Kroić nie już nie musisz, bo powinny być pokrojone jeszcze przed rozpoczęciem gotowania.
10. Czy jakiś składnik nie został jeszcze wykorzystany? Ser żółty, oczywiście. Zetrzyj go i posyp nim ziemniaki.
11. Rozmieść mięSos na podstawie serowo-ziemniaczanej.
12. Przygotuj coś do picia. Jeśli nie ma herbaty, zaproponuj koledze miętę, a sam weź kawę. Kolejną tego dnia, ale żeby to urozmaicić, osłódź nutellą.
13. Pochwal się wszystkim, jaki ty pomysłowy jesteś. Zrób zdjęcie, a jako dekorację użyj znalezione w kuchni przyprawy.
14. Zjedz to! Nie marudź, bo jest bardzo dobre.

piątek, 26 września 2008

...prawo, lewo, prawo, prawo...

Jakoś minął pierwszy tydzień na uczelni. Jak na razie nie było ciężko. Dzisiaj mieliśmy wolne a i w poprzednie dni nie siedzieliśmy po 8 godzin. Wczoraj kalibrowałem pipety, przedwczoraj studiowałem jedną publikację. Takie stopniowe wchodzenie w prawdziwy projekt.

Studia (a zwłaszcza Erasmus) to nie tylko nauka. Wczoraj wieczorem poszliśmy na studenckie party - koncert jakiegoś rockowego zespołu, na który przyszło sporo ludzi z wymiany i nie tylko. Może setka - nie liczyłem. Najwięcej to chyba było Hiszpanów, ale udało się też namierzyć Polaków. To takie proste wcale nie było, bo przy tej ilości decybeli usłyszeć w tłumie ojczysty język nie jest łatwo. Pomógł T-shirt z polskim nadrukiem. Koncert taki średni, publiczność trochę mniej ruchoma niż u nas. Jedno piwo dostaliśmy gratis. Niefajnie tylko że dawali je w małych kubeczkach - 0,2l.

Co jeszcze? W ramach poznawania miasta udało mi się odnaleźć drogę do Lidla. Bardzo daleko to nie jest, ale bez mapy nie dałbym rady. Jak doszedłem do wieży, to potem tylko w prawo, lewo, prawo, prawo, lewo, lewo, prawo i po lewej. Nic nie kupię, tylko sprawdzę jakie ceny - obiecywałem sobie. Kupiłem dużą reklamówkę, żeby pomieścić resztę.

Jutro dojedzie Maciek, ale zanim go powitamy, czeka nas spotkanie z belgijską biurokracją. Każdy "obcy" przebywający tu trochę dłużej musi sie zarejestrować w Urzędzie Miasta. Najpierw będzie to wielogodzinne czekanie w kolejce - miejmy nadzieję uwieńczone sukcesem, tj. spotkaniem z urzędnikiem. Potem -kiedyś - ma przyjść do mieszkania policjant i sprawdzić czy faktycznie pod danym adresem się mieszka. Planujemy być tam jutro o ósmej rano, czyli wtedy, kiedy ten urząd otwierają. Nasz współlokator z Nepalu powiedział, że on był o siódmej i już przed nim w kolejce stało 21 osób. W sobotę osób ma być jeszcze więcej. Zobaczymy.

czwartek, 25 września 2008

2 dni przed godziną W

Tobiasz, Kamila, Gosia i Marta są już w Gandawie. Od dzisiaj także i ja przyczynię sie do tworzenia tego bloga. Dzięki programowi Erasmus i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności jadę na praktykę do Szpitala Klinicznego przy Uniwersytecie Gent. Koniec wstępu. Minął mój ostatni dzień we Wrocławiu.
Poczułem ulgę. Nocny pociąg przywiózł mnie do miasta stu mostów niedługo po świcie. Mdłe śniadanie z dworcowego baru zapełniło mój żołądek. Choć Wrocław przywitał mnie chłodem i deszczem nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zabrałem się do roboty. Nie przyjechałem tu spacerować. Miałem zebrać niezbędne podpisy na dokumentach, które jak sie dowiedziałem kilka dni wcześniej były niezbędne dla mojej praktyki na Gent University. Nie obyło się bez problemów. Pierwszy podpis sprawił ich najwięcej, bo wskazałem złe pole - zresztą tak było jeszcze 2 razy. Wydrukowałem czwartą kopię dokumentu i, tym razem w skupieniu, podałem do podpisu koordynatorowi ds. praktyk. Później w dziekanacie dokumenty czekały na Panią Prodziekan. Miałem pecha, bo tego dnia była zajęta radą wydziału i doktoratem dla Kanclerz A. Merkel. Po 13 wróciłem po dokumenty - opatrzność nade mną czuwała - były podpisane. Z uśmiechem udałem sie do Działu Współpracy Międzynarodowej. Tam przekazałem brakujące zaświadczenia i z radością podpisałem umowę. Od tamtej chwili mogę być już pewien, że jadę do Belgii. W drodze na dworzec przyjrzałem sie uroczystości powitania szacownego gościa z Niemiec w progach Politechniki. Zdążyłem też spotkać się z Panią Promotor, która pomogła mi w znalezieniu miejsca praktyki. Bez tej pomocy nie pojechałbym do Gent.
W strugach deszczu wsiadłem do pociągu, który jedzie najdłuższą trasą kolejową w Polsce (Szczecin - Przemyśl) gotowy na prawie 8 godzinną podróż. Dojechałem bez przygód. Może warto zwrócić uwagę, że na 5 osób w przedziale 4 wybierały się właśnie na Erasmusa.
To było wczoraj. Poczułem ulgę, że już wszystko załatwiłem.
Dzisiaj pakowanie i pożegnania.
Jutro: moja mała godzina W. Wyjazd

poniedziałek, 22 września 2008

obrazki z życia

Niedzielne południe - gorące jak na Belgię w tej porze roku. W centrum miasta, które przygotowuje się na obchody 200-lecia jakiegoś swojego ważnego wydarzenia, przy fontannie siedzi sobie czwórka studentów. Z dzwonów pobliskiej katedry rozbrzmiewa muzyka. Zaraz zagra melodię "Drunken sailor" ("Morskie opowieści"). Póki co, do naszych uszu dochodzą płynne dźwięki "Usta milczą dusza śpiewa". W ustach smak kupionych przed chwilą belgijskich czekoladek. Jasna strona Erasmusa. Oby takich jak najwięcej.

Poniedziałkowy ranek. Pierwsza wizyta w laboratorium nieubłaganie się zbliża. Jak to będzie? Jakich ludzi spotkamy? Jak będzie wyglądać miejsce, w którym przepracujemy najbliższe miesiące? Droga na uczelnię jest bardzo krótka. To już tutaj.
...
Nieźle. Mogło być dużo gorzej. To tylko pierwsze spotkanie, więc ciężko coś powiedzieć, ale damy radę. Przynajmniej taką mamy nadzieję. Jest jeszcze przed południem. Na dzisiaj to już koniec zajęć, ale taka sytuacja zbyt szybko się nie powtórzy. "Będziecie tu od ósmej do siedemnastej. Z godzinną przerwą obiadową."

piątek, 19 września 2008

dzień pierwszy

Jest internet! :) Mogę umieścić na stronie to co spisałem wczoraj po przyjeździe:

W końcu jestem w Gandawie. Mam za sobą najtrudniejszą część załatwiania formalności, 17-godzinną podróż oraz pierwsze spotkanie z belgijską rzeczywistością. Nawet przyjemny kraj, chociaż niewiele można powiedzieć na podstawie tego co zobaczyłem z okna autobusu. Te kilka godzin które spędziliśmy (ja, Marta i Gosia) poświęcamy na oswojenie się z mieszkaniem. Początkowo zrobiło na nas dobre wrażenie, z czasem zaczęliśmy je poznawać lepiej: piecyk nie grzeje, żarówka nie świeci, mieszkanie trzeba posprzątać itd. Ale nie jest źle. Cieszę się że nie musieliśmy sami go sobi szukać, ale postarała się o to nasza nowa uczelnia.

Jutro jeszcze jakieś formalności, a do laboratorium schodzimy dopiero w poniedziałek, także na starcie mam 3 dni wakacji. Chociaż gdybym siedział sobie we Wrocławiu, to wakacji zostało by mi jeszcze jakieś 2 tygodnie. Fajnie że tu jestem.

poniedziałek, 8 września 2008

Nieograniczone możliwości?

Wielu z Was o tym pewnie myślało, wielu brało to pod uwagę przy wyborze uczelni. Możliwość wyjazdu za granicę i studiowania. Coś, czego nie mieli nasi rodzice, a co dała nam nowoczesna Europa. Czy warto jechać? Czy to nie strata czasu? Czy sobie poradzę? Jak będzie? Ile to będzie kosztować? Na te pytania już niedługo poznam odpowiedź, a wcześniej rozwieję Wasze wątpliwości i opiszę co zrobić, by dostać stypendium na studia lub praktyki zagraniczne w ramach programu Erasmus. Już teraz powiem, że możliwości wcale nie są takie nieograniczone...ograniczy nas biurokracja. Miłej lektury!

Subiektywna mapa