sobota, 29 listopada 2008

Sztuka

Tydzień temu odwiedziłem Muzeum Sztuki Współczesnej S.M.A.K (www)
Poniżej Sztuka, która mnie zaintrygowała...


Wybaczcie, ale nie wiem kto jest autorem. Nie znam też tytułu, a ten pomógłby w interpretacji.

piątek, 28 listopada 2008

zwykły dzień

Żeby lepiej opisać życie na Erasmusie, powinno się więcej pisać o rzeczach codziennych. W labie bywam częściej niż na wycieczkach. Od jakiegoś już czasu chodziłem z myślą opisania zwyczajnego dnia. Wczoraj pomyślałem, że wtorek był takim typowym dniem i nawet próbowałem go opisać. Nie udało się: nie mogłem sobie przypomnieć co konkretnego się wtedy działo. Brak charakterystycznych wydarzeń sprawił, że wszystko zaczęło mi się ze sobą zlewać. Dzisiaj z tego wtorku pamiętam jeszcze mniej. Olśnienie: dzisiaj też był taki zwyczajny dzień. Podobny do tych co już minęły, ale – na swój sposób - jedyny i niepowtarzalny.

Rano trzeba wstać. Sprawdziłem, i to nie raz, że „jeszcze pięć minutek” może się źle skończyć, więc reaguję, gdy tylko budzik zaczyna się drzeć. Z myślą, że jak tylko wrócę, to się znów położę, wstaję z łóżka. W kuchni spotykam Gosię – towarzyszkę porannej niedoli. Zastanawiam się co zjeść. Zwykle wybieram chleb z nutellą, ale dziś wyjątkowo był to serek. Ważne jest, by na śniadanie zjeść coś, co się szybko przygotuje. Idziemy na naszą uczelnię. Daleko nie mamy – chyba ze 4 minuty „iścia” (nie chciałem użyć słowa „marszu”, bo mi jakoś nie pasowało). Rzucamy się w wir pracy. Dzisiaj najpierw było liczenie bakterii, potem popisywanie nowych płytek, a potem – nowość – test smakowy. Zwykle sprawdzam jak bakterie rosną na szynce, a dzisiaj sprawdzałem, jak te szynki smakują. 12 osobom trzeba było dać po 3 plasterki dwóch różnych szynek i kazać zgadywać, która jest tą jedną inną. Prawie wszyscy zgadli. Zero trafień miała tylko jedna osoba – ja.

Na lunch wróciłem do domu i jadłem mrożone mięso, mrożone warzywa i makaron. Tzn., po usmażeniu nie były już mrożone. Z pełnym brzuchem wróciłem na uczelnię. Tam ciąg dalszy przygotowywania płytek, polerowanie probówek i jeszcze parę rzeczy, które mi znaleziono, bylebym tylko nie wrócił za szybko do domu. Dzisiaj było nieźle, bo już koło 16 byłem z powrotem. Czekając na włączenie kompa, zacząłem czytać Kapuścińskiego. Ciekawie pisze, ale mi się zachciało spać, więc postanowiłem spełnić obietnicę dana samemu sobie dziś rano.

Po raz kolejny już tego dnia wstałem zaraz (no, może tym razem 20 minut) po usłyszeniu budzika. Poszedłem do piekarni, coś tam zjadłem a potem poprosiłem Martę o pomoc fryzjerską. W końcu siadłem po raz kolejny do kompa. Tym razem zaczytałem się w blogu Szymona Hołowni – na poważne tematy jednak da się bardzo ciekawie pisać. Gdy przypomniałem sobie, że powinienem jednak coś naukowego zrobić, zacząłem rozmawiać na gg. Jedna rozmowa - zamiejscowa, druga – lokalna. Potem jeszcze jedna międzynarodowa.

Włączyłem w końcu tego excela, ale niedługo w nim zabawiłem, bo sobie przypomniałem, że jestem głodny. Tym razem nutella. Jak wróciłem, to zacząłem opisywać dzisiejszy dzień. I tak jakoś zeszło.

czwartek, 27 listopada 2008

Szpital nie jest taki zły

Nie ma się co oszukiwać. Pobyt na Erasmusie, czy to na studiach, czy na praktyce to nie tylko zabawa. Przez większość dnia oddajemy się tutaj pracy. Szczególnie, że Gosia, Kamila, Marta i Tobiasz robią w Belgii badania potrzebne do napisania pracy, a ja jestem praktykantem w laboratorium.

Szpital wcale nie jest taki zły, pod warunkiem, że idziesz tam, żeby pracować, a nie żeby się leczyć. Całe szczęście, że w czasie mojego pobytu w Belgii odwiedzam tę placówkę bardzo regularnie tylko w jednym celu. Mój dzień zaczyna się jeszcze w nocy. Budzik dzwoni o 7.00. Półtorej godziny później siedzę już na rowerze i jadę do szpitala, gdzie od godziny 9, jak to określił mój znajomy, przenoszę po 2 μg (2,0*10 –6g) jakiejś substancji i nazywam to pracą. Klinika Universitair Ziekenhuis Gent to małe miasteczko, po którym jeżdżą specjalne taksówki dla pacjentów, gdzie studenci wydziału medycyny przychodzą na zajęcia, gdzie można wypożyczyć (jak w hipermarkecie) specjalny wózek, który pomoże przewieźć osobę, mającą kłopoty z chodzeniem. Można tu zjeść coś w restauracji, kupić upominek lub kwiaty. Oczywiście można się tu także leczyć. O jego wielkości niech świadczy fakt, że winda którą zwykle jeżdżę, ma numer 95... Gdy po raz pierwszy przekroczyłem jego bramy, dostałem mapę dzięki której mogłem trafić tam, gdzie zmierzałem. Ten spacer trwał ponad 10 minut. W tej sytuacji nie dziwię się, że szpital zainwestował w służbowe rowery.

Rower to w Gandawie najszybszy środek transportu. Przyczynia się do tego dobrze rozwinięta sieć ścieżek rowerowych i specjalnych parkingów. Na terenie kliniki także jest ich kilka. Zwykle nieporównywalnie większe niż znane nam z politechniki, a mimo to prawie pełne. Te przeznaczone dla pracowników, są ogrodzone i można otworzyć je tylko za pomocą specjalnej karty magnetycznej, która potrzeba jest też żeby swobodnie poruszać się po zakamarkach szpitala niedostępnych dla pacjentów. Studenci jeżdżący na uczelnię rowerem nikogo w Polsce nie dziwią, ale dlaczego nie można znaleźć wolnego miejsca na parkingu rowerowym dla pracowników? Pewnie dlatego, że Ci ostatni dostają specjalną premię, jeśli przyjeżdżają do szpitala rowerem częściej niż 20 dni w miesiącu!

Większość budynków UZ Gent jest połączona ze sobą siecią podziemnych korytarzy, którymi suchą nogą można dotrzeć z jednego końca kampusu na drugi, pod warunkiem, że nie zostanie się potrąconym przez charakterystyczny żółty służbowy rower lub jeden z elektrycznych wózków towarowych. Zdarza się, że takie wózki wyglądają jak małe pociągi ciągnąc za sobą kilka wagoników. Podobno kilkanaście lat temu studenci jeździli po tych piwnicach mieszczącym się tam „na styk” Citroenem 2CV - popularną Kaczką. Jak widać nie tylko Polacy wykazują się tak zwaną ułańską fantazją.

niedziela, 23 listopada 2008

pada śnieg, pada śnieg...

Spadł śnieg. Gdy wczoraj po obudzeniu zauważyłem go na szybie okna, od razu pomyślałem, że warto uwiecznić to niecodzienne zjawisko.
Biała, puchowa kołderka szybko przemieniła się jedną, wielką chlapę. Taką śniego-kałużę, do której potrzebne by były kalosze. Jeśli kaloszy się nie ma, to przynajmniej trzeba zrezygnować z adidasów i założyć normalne półbuty. Śnieg zaatakował po raz kolejny.Jakby nie patrzeć - przyszła zima. Dzisiaj do kuchni przyszedł też Ishu ze śnieżką w ręce. Po paru chwilach rzucania się śniegiem ktoś wpadł na pomysł, że może lepiej będzie wyjść na dwór. Jak pomyśleli, tak zrobili.
Zabawa była przednia, że aż dzieci z sąsiedztwa się nam przypatrywały przez okno. Nie wiem czy bardziej dziwił je widok śniegu, czy czwórki dorosłych ludzi bawiących się jak małe dzieci. Śnieg z pewnością był niecodziennym zjawiskiem dla Izabel, która na żywo widziała go po raz pierwszy w życiu. W Ekwadorze nie jest często spotykane zjawisko. Właściwie: w ogóle niespotykane.
No i był też bałwan. Różne postacie przybierał. Na początku była to snowwoman, potem snowman, potem powstawały inne elementy, nowe rekwizyty. Jacyś ludzie, zaciekawieni bałwanem, podeszli do nas. Nawet marchewki przynieśli.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Z czego słynie Bruksela


Co jest symbolem Brukseli? Unia Europejska jest dla większości pierwszym skojarzeniem z tym miastem - i dobrze, bo to stolica UE. Ale to nie jest symbol. Coś, co znajduje się na większości pocztówek i T-shirtów. To nie jest monumentalne Atomium ani żaden z zabytkowych kościołów czy pałaców. To jest niewielka rzeźba. Cóż to za wybitna postać musiała w niej zostać uwieczniona? Ano, mały, siusiający chłopiec.
Manneken Pis. Rzeźba nie jest nawet wyjątkowo stara - XVI wiek. Nie jest też bardzo wymyślna: ot, fontanna wypływająca z wiadomej części ciała. Pomnik wielki nie jest, ale za to popularność to ma chyba większą niż Nike z Samotraki. Wśród gadżetów z ową postacią dużą popularnością cieszą się korkociągi przymocowane do figurki w wiadomym miejscu. Figurka posiada kilka legend tłumaczących swoją wyjątkowość. Posiada również wiele ubrań. Częstym podarkiem od różnych stowarzyszeń a nawet delegacji państwowych są stroje, w które co jakiś czas chłopczyk się przyodziewa. W zeszłym roku, z okazji tygodnia Małopolski, przez parę dni nosił strój krakowiaka. Morał: Żeby być znanym i lubianym wystarczy ściągnąć spodnie i lać na wszystko! :)

wtorek, 11 listopada 2008

Holandia

Odwiedziłem miasto imiennika programu Erasmus: Erazma z Rotterdamu.
Oj, dużo tam widziałem, dużo. Nie wszystko da się opisać słowami, nie wszystko da się uwiecznić aparatem. O czym mógłbym napisać?
O mieście. Rotterdam jest miastem bez zabytków. W czasie wojny został całkowicie zniszczony. Zdjęcia robione po nalotach 1940 roku pokazują tylko ruiny katedry na tle zrównanego z ziemią miasta. W ciągu dziesiątek powojennych lat miasto mocno wspięło się w górę. Bardzo wysokie, ale przyjemne z wyglądu budynki, tworzą krajobraz Rotterdamu. Samo miasto, wbrew pozorom, nie jest duże - jest mniejsze od Wrocławia. Ma za to ogromny port: największy na świecie.

Byłem jeszcze w dwóch innych miastach Holandii, ale tak to jest, jak się wsiada do złego pociągu. Logika typu: "skoro o tej porze w tym miejscu powinien stać mój pociąg, a jest właściwy czas i miejsce, więc to musi być ten pociąg" zawodzi, gdy zegarek przyspiesza o 10 minut. A jeszcze niedawno czas, którego symbolem był zegarek, uważałem za jedną z niewielu rzeczy, które mówią prawdę. Poprzez swoją stałość zmian, był takim punktem odniesienia w zmiennej i niespodziewanej rzeczywistości.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Pogoda dla bogaczy?

Zamiast słońca - deszcz. Zamiast mgły - mżawka. Zamiast zimy - deszcz i wiatr.
W sklepie z pamiątkami kartka: "Greetings from Belgium". Dość ascetyczna. Biała, tekst na czarno, oprócz tekstu tylko symbol parasola, jak na kartonowym pudle. Obok niej powinna być druga. Z takim samym napisem i symbolicznym wizerunkiem pogodnego człowieka. Bo dla mnie tacy właśnie są Belgowie - pogodni. Może muszą nadrabiać za pogodę? Chyba nie, bo nie jest aż taka zła - trochę przekoloryzowałem. Jest bardziej wilgotno niż w Polsce, ale słoneczne dni też nie są rzadkie.

Wróćmy do pogody ducha. Tutaj ludzie się po prostu do siebie uśmiechają. Mam to szczęście, że we Flandrii większość mieszkańców mówi po angielsku. Dzięki temu nie ma problemu z pytaniem o drogę, czy zwróceniem się o pomoc na ulicy. Przez te 6 tygodni pytałem wielu osób, o różne informacje. Nawet ze starszymi, którzy mówią po francusku udawało się dogadać. Nie zdarzyło się, żeby ktoś mnie zignorował. Zatrzymywałem nawet ludzi jadących do pracy rowerem. Najmniej uprzejma była reakcja kierowcy autobusu, który powiedział po niderlandzku, że mnie nie rozumie, gdy pytałem, czy zatrzymuje sie przy stacji benzynowej. W każdym innym przypadku kierowcy autobusów okazywali się bardzo pomocni. Wchodzisz do autobusu - mówią Ci "dzień dobry". Zapytasz (w obcym dla nich języku) o trasę autbusu - odpowiadają bez grymasu niezadowolenia na twarzy. Kupujesz bilet - chcą Ci go sprzedać. Naprawde chcą.
Pewnego wieczoru wszedłem do autobusu bez biletu, bo w pobliżu nie było automatu, a wszystkie sklepy były już pozamykane. Poprosiłem kierowcę, żeby sprzedał mi bilet. Okazało się, że nie ma drobnych, żeby wydać mi resztę. Dwóch pozostałych pasażerów w pojeździe też nie mogło mi pomóc. Ku mojemu zdziwieniu, kierowca zatrzymał autobus, który mijaliśmy i rozmienił moje pieniądze. Czy to zdarza się w naszym kraju? Rzadko. Tutaj też pewnie miałem szczęście, bo nie każdy by tak zrobił. Ostatnio, kiedy chciałem kupić bilet we wrocławskim tramwaju, motorniczy stwierdził, że mogę wysiąść i kupić go sobie w automacie na przystanku.
Ciekawe skąd biorą się te różnice? Czy źródło jest to samo? Czy źródłem empatii u Belgów i niezadowolenia u Polaków jest kapitalizm? W zasadzie to możliwe. Za cenę biletu godzinnego w Gent kupionego u kierowcy, mógłbym we Wrocławiu kupić 4. Czy kierowcy, gdyby zarabiali w Polsce 4 razy więcej niż teraz, to byliby 4 razy bardziej zadowoleni i witali pasażerów? Mam nadzieję, że tak, bo to oznacza że za jakiś czas także w Polsce kierowcy będą się uśmiechać.

P.S. Niestety kilka dni później jechałem tramwajem, w którym motorniczy nie sprzedał pasażerowi biletu radząc, by ten udał się do automatu na przystanku. Czyli to, co zdarzyło mi się we Wrocławiu, mogło przydarzyć mi się w Gent.

wtorek, 4 listopada 2008

weekend i okolice

To nie jest tak, że jak nic nie piszę, to znaczy, że się nic nie dzieje. Wręcz przeciwnie: czasu brakuje, a czasem siły, żeby to co się dzieje opisywać. W skrócie, co się ostatnio działo:

Czwartek:
Kameralna imprezka: pięć osób, cztery wina - z czego jedno dwulitrowe. Sprawdziło się mądre porzekadło: tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. I rzeczywiście. Ta dwulitrowa butelka wniosła dużo radości i to jeszcze przed jej otworzeniem.
Chwilowo nie było neta, więc tym razem nie mogliśmy odtworzyć piosenek naszej wczesnej młodości ani disco polo. Czasem cicho pobrzmiewała gitara. Z tego co potem mówiła mieszkająca na dole Izabell to ten czas był długi, cicho nie było i "pobrzmiewała" też można by zastąpić innym słowem.
Maciek, nie wiedzieć czemu, wolał nie wracać rowerem. Przekimał u nas.
Te zdjęcia są ciut rozmazane, a my na nich niewyraźni, ale w ten sposób lepiej oddają tamtą czwartkową rzeczywistość.

Piątek:
Przyjeżdżają goście. Wyciągnąłem golarkę, że ulepszyć "fryzurę". Po minucie (albo jakichś 12 centymetrach kwadratowych) przestała działać. Naładowanie w takim stopniu, żeby skończyć główkę, trwa dobrych kilka godzin, więc jak tonący, chwyciłem za brzytwę, czyli klasyczną maszynkę napędzaną siłą mięśni. Pierwszy raz używałem jej w tym celu. Tył głowy próbowałem zobaczyć w odbiciu okna w lustrze. Masakra. Tzn., masakrą by się skończyło, gdyby mnie Marta nie uratowała, która sprawiła mi fryzurę ostateczną. Ostateczną tzn. taką, z której nie da się zmienić na żadną inną. No, ewentualnie tatuaż na głowie mógłbym sobie zafundować, ale to może innym razem.

Sobota:
Okazja do zwiedzenia Gandawy. Razem z Basią (którą widać na tym zdjęciu na drugim planie) i Martajnem wchodzimy na jedną z 3 wież (Belfry), na której gra carillon (taki instrument jak organy, tylko że zamiast piszczałek są dzwony). Zwiedzając katedrę natrafiamy na koncert (młodzież gra i śpiewa Mozarta i utwory kilku innych znanych muzyków). W międzyczasie zahaczamy o PizzaHut i korzystamy z buffet pizza czyli nieograniczonej liczby dokładek.
Wieczorem mała imprezka - mała pod względem liczby butelek, bo nas było 9 osób. Anglojęzyczna, bo brały w niej udział mniejszości narodowe z Nepalu, Ekwadoru i Holandii. Próbowałem ich nauczyć (napisanej pod wpływem chwili) piosenki "W Szczebrzeszynie / chrząszcz brzmi w trzcinie / w Szczebrzeszynie chrząszcze brzęczą cały czas..."

Niedziela:
Po mszy zwiedzania nie było już wiele. Ale był obiad. Trudno w to uwierzyć, ale w naszej maleńkiej kuchni zmieściło się przy stole 8 osób. Menu: smoczy gulasz z ziemniakami.

Poniedziałek:
Party is over. Najwyższy czas na pisanie pracy. Nadrabiam zaległości komunikacyjne (gg, skajp), oglądam filmiki na youtubie, znajduję świetny śpiewnik internetowy i wypróbowuję go. Słowem wszystko, by jak najbardziej odwlec moment nauki.

Subiektywna mapa