środa, 24 grudnia 2008

Wesołych Świąt

Wigilia! Trudno wyobrazić sobie ten dzień bez Polskich zwyczajów. Całe szczęście, że możemy spędzić święta w ojczyźnie. Cieszę się, że zamiast belgijskiego indyka i ostryg na wigilijnym stole zagości barszcz, karp, kapusta i kutia. Dzisiaj nie czas na długie posty, ale obiecuję poprawę i nadrobienie grudniowych zaległości w pisaniu bloga... powiedzmy, do końca stycznia :)

Teraz najważniejsze:



Drodzy Czytelnicy,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia w imieniu swoim i Tobiasza (choć tego z nim nie uzgodniłem) życzę Wam zdrowych, spokojnych i pełnych rodzinnego ciepła świąt. Niech w tym czasie ogarnia Was radość z narodzenia Bożej Dzieciny i spotkań z bliskimi.

wtorek, 16 grudnia 2008

odyseja belgijska

Ta podróż miała być o wiele łatwiejsza niż przyjazd autokarem z Wrocławia do Gandawy. Dojechać na lotnisko, a potem tylko wejść w samolot, by po półtorej godziny znaleźć się już we Wrocławiu. Nie będzie się czuło tego dystansu, tak krótki czas, że nawet nie warto brać prowiantu na drogę. Ja tam wziąłem dwie kanapki z serkiem, ale Marta z Gosią jechały cały dzień jedynie na lekkim śniadaniu. Przecież już za parę godzin zjemy obfitą kolację w domku.

Na początku wszystko szło planowo. Dojazd przez Brukselę do Charleroi a stamtąd na lotnisko odbył się bez większych przygód. Na lotnisku tradycyjne przepakowywanie bagaży, żeby się zmieścić 15 kg. Kontrola osobista to taki punkt, po którym się mówi: „uff!”, bo teraz nic już nam nie mogą zrobić. Zaraz po tej kontroli usłyszałem słowa, które wzbudziły niepokój: „Co mam zrobić, jeśli odwołali mój lot do Wrocławia”. NIEDOWIERZANIE, ale upewniam się, że czarny scenariusz się sprawdza. Z głośnika dochodzi komunikat, w którym wymieniają siedem lotów, które są odwołane z powodu mgły. Jak to można tak po prostu odwołać lot? Ja rozumiem, że musimy czekać 2-3 godziny, ale tak w ogóle odwołać. Za dwie godziny miałem być we Wrocławiu ale wiem, że na pewno nie będę. Nie wiem co będzie. ZAMIESZANIE, wzajemne pytanie się pasażerów: co teraz? Wiemy, że mamy się teraz ustawić w długaśnej kolejce (która wygląda tak, jakby się w ogóle nie poruszała) i tam nam powiedzą, co możemy teraz zrobić. W kolejce próbujemy się zorientować, co i jak. Nie wiemy nic konkretnego, tzn. słyszymy kilka sprzecznych ze sobą plotek. Wiele telefonów do bliskich w Polsce, by znaleźli nam jakieś inne połączenia – sposób na wydostanie się stąd. Po dłuższym czasie udaje mi się zauważyć panią w pomarańczowej kamizelce, która wygląda na kompetentną pracowniczkę lotniska. Po jeszcze dłuższym czasie udaje mi się od niej dowiedzieć, jak sprawy wyglądają . Dodatkowe koszty (średniej klasy hotel, taksówka) zostaną zwrócone, jeśli zdecydujemy się, mimo to, wrócić Ryanairem. Najbliższy lot, na który są miejsca, jest w niedzielę. A był poniedziałek. Czyli czekać 6 dni. A jak w niedzielę też będzie mgła, to co? Jeśli wrócimy na inny sposób (inna linia, autobus) to jedynie zwrócą nam pieniądze za bilet. Cena biletu jest typu: 0zl+opłaty, więc majątku nie zdobędziemy. Dla przewoźnika odwołanie lotu to nie jest wielka strata. Większa na pewno dla czekających tam ludzi. Wtedy myślałem, że tą notkę rozpocznę słowami: „Uprzejmie pragnę zniesławić Tanią Linię Lotniczą Ryanair...” Bo co można zrobić? NIEMOC. Wina lotniska, że nie mają nawigacji przeciwmgielnej (to w ogóle jest skandal, że na nowym lotnisku, w tak cywilizowanym kraju jakim jest Belgia, w którym pogoda jest podobna do angielskiej, czyli mgły bywają nierzadko, nie potrafią sobie poradzić z mgłą), ale czemu Wizzair z tego lotniska wyleciał? Fakt, że z opóźnieniem, ale wyleciał. A jeśli Ryanair nie mógł, to czemu nie zamówił autobusu, który nas zawiezie – jeśli nie na miejsce, to chociaż – na inne lotnisko, skąd już można latać. Albo czemu nie podstawili zastępczego samolotu następnego dnia rano. Po głowie chodziła mi wtedy piosenka http://www.youtube.com/watch?v=e9hpdinTTG8, którą ta firma zaczęła ostatnio puszczać podczas swoich lotów: „Let’s fly, let’s fly, fly fly Ryanair”. No właśnie: leć! A jak nie potrafisz, to daj sobie spokój z lataniem!

Dobrze, że byliśmy w grupie i wspólnie można było pokonywać te trudności. Bliscy dziewczyn znaleźli połączenie autobusowe z Brukseli, kupili nam bilet i przesłali mapę z opisem jak tam dojechać. WDZIĘCZNOŚĆ im za to. Wracamy do Brukseli i tam pokonujemy 2km by dość na miejsce parkingu. Później się okaże, że gdybyśmy wysiedli na następnej stacji, musielibyśmy przejść jedynie 50 metrów. Jesteśmy na przystanku i poznajemy jeszcze kilka osób z tego felernego lotu, które planują wrócić tym samym busem. My już za bilet zapłaciliśmy, inni zarezerwowali, a inny będą próbować się tak o wbić. Odetchniemy, jak już usiądziemy w tym autokarze. Póki co - czekamy. Wiemy, że bus ma godzinę opóźnienia. Jest ZIMNO. Wiem, że mogło być gorzej, mógł lać deszcz i być większy mróz, ale bez tego wszyscy, z zimna, przeskakują z nogi na nogę. Po półtorej godziny stania ktoś zadzwonił do biura i dowiadujemy się, że autobus będzie miał kolejne trzy, minimum dwie godziny spóźnienia. Fizycznie niemożliwe jest czekanie w takich warunkach tyle czasu. Idziemy - do pobliskiej knajpki na coś gorącego. Razem z nowo poznaną Dorotą rozmawiamy przy przyjemnej dla ucha muzyce i gorącej herbacie/kawie. Jest pozytywnie, nawet jakaś RADOŚĆ. Nastroje się poprawiły. Odwołany lot, spóźniony autobus. Będzie co opowiadać. Tyle złych rzeczy się wydarzyło, że teraz już musi być dobrze.

Po niecałych dwóch godzinach wracamy na przystanek. Czemu nikogo nie ma? NIEPOKÓJ. Pocieszamy się myślą, że na pewno przyszliśmy pierwsi i reszta zaraz dojdzie. Minuty mijają, a nikogo wciąż nie ma. Przez głowę przechodzą myśli, że autobus już przejechał, że wszyscy pojechali. Nie, nie może tak być. To by było zbyt tragiczne, żeby było prawdziwe. Czemu nie wzięliśmy numeru telefonu od żadnej z osób, której moglibyśmy się zapytać co się dzieje? Panie Boże, proszę Cię, żeby ten autobus jeszcze przyjechał. Jacyś ludzie idą. NADZIEJA... Nie, to przechodnie, bo bez plecaków. Spokojnie będzie dobrze. Ale już ponad kwadrans czekamy sami... Może tam idą te znajome dziewczyny? Czułem się jak spragniony na pustyni biegnący za fatamorganą. Tak! To one. Uff! Inni ludzie zaczynają się schodzić, więc przyjazd autobusu wkrótce staje się coraz bardziej prawdopodobny. Tak, jest! RADOŚĆ. Hurra! Weszliśmy. Nieważne, że w środku trochę śmierdzi, a towarzystwo wygląda nieciekawie. Ważne, że jedziemy.
Trochę po dwunastej, jeszcze w Belgii autokar stanął na parę minut pod jakimś chyba hotelem. Nie wiem po co, ale ktoś z pasażerów od razu krzyknął „darmowa noc w hotelu”. Nie, jedźmy. Nawet, gdybym miał się przespać w 4-gwiazdkowym hotelu, to ja wolę wracać już do domu. Dobrze jest, jedziemy. Stacja druga (2.30am) to była kontrola paszportowa (strefa Schengen). Potem był parking o godzinie 4.25am – idealna godzina na parking. Wyspałem się tej nocy, że hej. Ale ważne, że jadę. ZMĘCZENIE, ale RADOŚĆ, że w końcu dojeżdżamy do domu. Whooohooo!

niedziela, 14 grudnia 2008

UFO, czyli NOL

To co, napiszesz o tym UFO? - zapytał mnie dzisiaj Tobiasz.
Może coś napiszę...-odparłem, ale bez większego entuzjazmu.

"Jakie znów UFO?!" pomyślicie. Ano, najprawdziwsze. Zanim wyjaśnię, postaram się naszkicować krajobraz, w którym się pojawiło. Już tydzień wcześniej dziewczyny ostrzegały, żebym się przygotował, że cały weekend spędzę na Citroenstraat. Nie brałem tego do końca serio, ale skoro w piątek zaplanowana była impreza, przygotowałem się na nocleg u znajomych, bo z centrum trudno dostać się na Sint-Amandsberg, gdzie mieszkam.
Wieczór upłynął bardzo miło na rozmowach, słuchaniu muzyki i degustacji kolejnych gatunków piwa (Westmalle Trapist i Chimay, żadne nie przypadło mi do gustu). Później wybraliśmy się na podbój klubowej Overpoort Straat. Potwierdziły się nasze obserwacje. Belgowie nie potrafią się bawić przy muzyce. Tutejszy taniec w klubie składa się głównie z dyskretnych ruchów nóg, które skutkują lekkim kiwaniem się tułowia na boki lub do przodu (co jest potocznie nazywane w Polsce gibaniem się). Małe grupki znajomych stoją na parkiecie tworząc okręgi i rozmawiają. Wyłącznie przy wielkich hitach część imprezowiczów pozwala sobie na kilka podskoków, podniesione ręce i jakiś okrzyk. Nawet wtedy po 30 sekundach wracają do swojego ruchu podstawowego. Nasze kółko zdecydowanie się wyróżniało.
Po zdrowej porcji snu przywitaliśmy w kuchni nowy dzień.
Przyszła pora, by sprzedać butelki, które zajmowały już pół "ogrodu". Wystarczy napisać, że kaucja za butelki poważnie podreperowała nasz budżet na dzisiejszy obiad...

Ale, ale! Miało być przecież o UFO. To była dla mnie niemała niespodzianka. Sporo już zdjęć w życiu zrobiłem, ale UFO nie ustrzeliłem nigdy:

Zdjęcie w całości. Kto wytłumaczy czym jet ten Niezidentyfikowany Obiekt Latający?

Ostatni wspólny spacer po Gandawie. Od lewej Maciek, Gosia, Tobiasz i Marta. Niestety bez Kamili.

okno na świat

Najwyższy czas napisać o tym, co wypełnia najwięcej mojego czasu – może zaraz po labie i spaniu. O tym, co sprawia, że potrafię przesiedzieć w zamkniętym pokoju wiele godzin, wcale się nie nudząc. O Internecie.

Jest to bardzo szeroki temat, dlatego w paru słowach opiszę kilka tylko jego fragmentów.

Google
Ta firma ma wiele bardzo dobrych „wytworów”, choćby gmail, blogspot czy szczegółowa mapa cała świata, ale najważniejsza jest sama wyszukiwarka. Służy nie tylko do znajdywania wszystkiego, ale nawet sprawdzania pisowni. Jak nie wiem jak coś się pisze, to mogę wpisać to w google i porównać ilość stron dla obu haseł i w ten sposób sprawdzić której formy używa więcej osób. To jest tak jak z pytaniem do publiczności w Milionerach. Większość nie zawsze miała rację. Ale zazwyczaj to działa.

Wikipedia
Możemy być dumni, że polska wersja jest czwarta w rankingu pod względem liczby haseł. To dobrze o nas świadczy.
Często odpowiedzi na wiele pytań zaczynam szukać na Wikipedii. Często to poszukiwania tam kończę. Zwykle to co szukam, jest tam dobrze opracowane. Oczywiście powinno się być ostrożnym, bo ponieważ każdy może tam pisać, mogą być błędy. Słyszałem o tym, jak kiedyś wybito pamiątkową serię monet upamiętniających jakiegoś gościa. Tuż przed wypuszczeniem ich w obieg zorientowano się, że przy nazwisku tego człowieka, wybito złe imię. Szukano przyczyny tego błędu i znaleziono: ktoś to podawał to imię, sprawdził jak się ten gość nazywa w Wikipedii.

YouTube
Prawie wszystko tam można znaleźć. Większość piosenek, ciekawsze fragmenty filmów. Warto wspomnieć, że tak jak Wikipedia tak i YouTube tworzony jest przez wszystkich. W demokracji ma się tylko pośredni (przez wybieranych polityków) wpływ na to jak państwo funkcjonuje, a tu bezpośrednio, każdy może umieścić co tylko chce.

Skype
Telekonferencja to jest takie sience fiction wczesnego dzieciństwa. Człowiek w telewizorze, który z tobą rozmawia.
W tych rozmowach nie ma wymówki: będę kończył, żebyś za dużo nie płacił(a).

Gadu-Gadu
Ja wciąż nie wiem, czy czat zalicza się do słowa mówionego czy pisanego. Bo w rozmowie nie zwraca się uwagi na literówki, nie dopracowuje się tekstu i się pisze to, co się by powiedziało – to są te aspekty świadczące, że jest to mówienie. Ale z drugiej strony: pisze się, używa się liter, nie można zmieniać barwy głosu. W tej wymianie zdań zdarzają się dłuższe chwile przerwy niż mogłyby się zdarzyć w rozmowie telefonicznej.
Ciekawą sprawą są też opisy. Większość osób nie używa ich prawie wcale. Ja akurat bardzo często. One mają kilka funkcji:
-informują co się dzieje. np. „naleśnikowe popołudnie”
-służą do kontaktu z wszystkimi znajomymi naraz: „czy ktoś zna dobrego dentystę”
-przekazywanie złotych myśli np. „żyj z całych sił”
-chęć podzielenia się z innymi filmem lub piosenką którą się zobaczyło, więc linki -typu: http://www.youtube.com/watch?v=NPIMkDjzAlc
-reklama swojej strony, bloga itd
-zapisanie jakichś wyrwanych z kontekstu słów, które dla piszącego je mają sens, a sa niezrozumiałe dla innych. Dla bliskich znajomych bardziej zrozumiałe. Tych opisów czasem nie chce się wyjaśniać innym. Często tego typu opisy zamieszczam.
-na pewno są jeszcze inne motywy

Nasza-klasa
Aż dziwne, że tyle osób z nie korzysta i spędza tam tak dużo czasu. Dziwne, ale ja też tak robię. Dziwne, że taki Facebook jest w Polsce mniej popularny mimo że jest w sumie lepszy od n-k: nie ma takich ograniczeń transferowych, nie ma tylu reklam.

Fora/komentarze
Łatwo znaleźć ludzi, którzy chcą pogadać na temat który i ja chcę pogadać. W dyskusjach jest trochę więcej czasu na odpowiedź, więc wypowiedzi mogą być bardziej przemyślane niż te w dyskusjach na żywo. Zazwyczaj na forach występują anonimowi ludzie, a więc częściej niż na żywo lecą niecenzuralne wypowiedzi i obrażanie się. Na wyższym poziomie toczą się rozmowy gdy ludzie nie są anonimowi, np. nasza-klasa. Na portalu salon24.pl zwykle dyskutują ludzie, którzy prowadzą tam swojego bloga. Zazwyczaj występują pod jakimś pseudonimem, ale ten ich pseudonim jest ich takim drugim ja – dużo energii poświęcają w jego tworzenie i nie mogą sobie pozwolić na to, by poprzez niecenzuralne komentarze zszargać swoje dobre imię.
Nieraz obserwowałem na forach walkę dwóch ludzi. Opis, na który nie można nie odpowiedzieć poprzedza jeszcze bardziej wojowniczą odpowiedź. Taka walka, z której każdy chce wyjść z twarzą, a o kompromis już jest bardzo trudno, bo zbyt mocno skłócone są dwie strony. Oczywiście, żadna ze stron nie przyzna racji drugiej. Życie.

Blog
Dzielenie się z ludźmi swoimi przeżyciami, przemyśleniami, zrobionymi zdjęciami. Informowanie o tym, co się dzieje. Ten ma na celu opisanie tego Erasmusa; jakiś kontakt ze światem, bo dzięki komentarzom jest to komunikacja dwustronna.

Strasznie szeroki temat. Wiele jeszcze wątków chciałem poruszyć, ale skończę już w tym miejscu. I tak się rozpisałem


A tak z bieżących spraw, to jutro już będę w Polsce

czwartek, 11 grudnia 2008

historia w obrazkach

W głowie mam przemyślany jeden temat na notkę, w której pewnie pojawi się więcej zdań niż zdjęć, więc żeby nikt nie narzekał, że jest za dużo tekstu, dzisiaj przedstawię Wam historię w obrazkach i w ten sposób opowiem co ciekawego się ostatnio działo.

Po, tradycyjnym już, niedzielnym obiedzie - deser. Deser tradycją jeszcze nie jest.




Laboratorium, czyli proza życia.




Narodowa integracja pracujących ludzi już po pracy.




Tego zdjęcia nie będę opisywał. Może ktoś wie, o co w tym zdjęciu chodzi?




Tutaj podobnie. Pytanie: co to jest? Od razu mówię, że kreatywność i bujna wyobraźnia będą wyżej oceniane niż precyzyjność i zgodność z rzeczywistością.

sobota, 6 grudnia 2008

Gandawa nocą

W ciągu ostatnich dni miałem dobrą okazję, by na nowo zwiedzać Belgię, w tym Gandawę. Poniżej kilka nocnych zdjęć miasta. Ze zdziwieniem zauważyłem, że dotąd nie pokazaliśmy, jakie jest piękne. Nie bez powodu miesięcznik National Geographic Traveler umieścił je na 3. pozycji rankingu miejsc na świecie wartych odwiedzenia. Turystom polecam stronę www.visitgent.be



Bogato zdobiona fasada gandawskiego ratusza.



Graslei



Powyżej na trzech fotografiach kościół Św. Mikołaja przy Korenmarkt

Prawda, że ładnie?

wtorek, 2 grudnia 2008

o sąsiedztwie słów kilka

Z labu wyszedłem dziś trochę wcześniej - słońce jeszcze nie zaszło. Postanowiłem więc wrócić do domu okrężną drogą. Ot, taki spacerek sobie zrobić. Obserwacja, jaką się dziś chciałem podzielić, to: dzielnica turecka jest większa niż myślałem.

Lubię to sąsiedztwo - głównie ze względu na piekarnię. Chleb jest bardziej prawdziwy niż ten zachodnioeuropejski. Turkse Pizza jest też całkiem niezła, a kosztuje tylko 1,5 euro. Wprawne oko to w tureckim warzywniaku nawet Wyborową wypatrzy :)

Nie trzeba patrzeć do roczników statystycznych żeby zauważyć, jak będzie wyglądało to społeczeństwo za kilkadziesiąt lat. Wystarczy wyjść na ulicę. Zauważyć, że jest sporo dziewcząt z chustkami na głowach, że większość dzieci ma ciut ciemniejszy kolor skóry. Kobieta (w chustce) z wózkiem albo wielkim brzuchem to bardzo częsty widok. Dziś widziałem taką Turczynkę z podwójnym wózkiem: dwie kabiny - jedna za drugą. W sobotę kilka sąsiednich ulic było zakorkowanych. Większość samochodów miała zawiązaną przy lusterku białą chustkę. Wielkie, tureckie wesele.

No to już wiemy, jak będzie wyglądała społeczność belgijska za kilkadziesiąt lat - nie tylko belgijska. Zjawisko jest to samo dla wielu krajów Europy. Coraz mniej rdzenno-belgijska, a coraz bardziej muzułmańska. Zresztą to, że rdzenni mieszkańcy zostali wyparci ze swoich ziem, nie jest niczym nowym w historii ludzkości. Prawie cała Ameryka, Australia, to przecież też przyjezdni.

Najazd Turków - można by powiedzieć. Tak, ale taki fair play. Nie można mieć do nich pretensji. Grają czysto. To nie jest tak, że siłą chcą zdobyć i zawładnąć ten kraj. Pokonują Europejczyków ich własną bronią. Ciężką pracą, trudem wychowywania potomstwa, powolutku stają się właścicielami tej części świata. Kebab wygrywa z hot dogiem, bo jest po prostu lepszy.

Za bardzo nie da się przed tym obronić. Taka jest światowa tendencja, że ludzie starego kontynentu, ci "ucywilizowani", wymierają. Trochę na własne życzenie - wolą sami lepiej żyć, więc przegrają z tymi, którzy więcej wysiłku wkładają w wychowywanie swoich następców.

Subiektywna mapa