sobota, 24 stycznia 2009

to już jest koniec?


Oj, intensywne były te dni ostateczne czwórki polskich studentów w odległym mieście Gandawą zwanym. Nie było czasu nawet na obejrzenie wszystkich wziętych z Polski filmów, doczytania książek. Trzeba było pozałatwiać wszystkie formalności przed wyjazdem. Trzeba było, jak najbardziej, posunąć pisanie pracy, żeby w domu jak najmniej czasu temu poświęcić. Trzeba też było wygłosić prezentację przed laboratoryjną komisją. Dowiedzieliśmy się o tym na dwa dni przed, ale to może i dobrze, że stres nie był dłuższy niż te dwa dni. Tak więc, bardzo naukowy czas mieliśmy na finiszu, który przeplatany był pożegnalnymi imprezami. Bo najpierw żegnaliśmy się z Polakami z labu. Na tą kolację mieliśmy mule, czyli małże. Poza tym frytki, robione według belgijskiej receptury. Sławek z Moniką przynieśli z labu garnek i frytkownicę (tak, takie rzeczy są w laboratorium). Następnego wieczoru żegnaliśmy się ze współlokatorami. Ishu miał następnego dnia trudny egzamin z piwa, więc nas wcześniej pożegnał. Iza została dłużej tak, że już prawie opanowała umiejętność czytania po polsku i gry na gitarze.
W ostatni dzień poszliśmy do labu po raz ostatni. Ostatnie (i zarazem pierwsze) wspólne zdjęcie. Ostatnie pożegnanie.



Potem już tylko zdanie mieszkania, pójście z torbami na miejsce odjazdu. Zmokliśmy, bo niebo płakało, gdy wyjeżdżaliśmy.

Bardziej całościowo spojrzę i jakoś podsmumuję ten wyjazd w kolejnej, a pewnie i ostatniej notce.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

ostatki

Ostatnie pranie. Ostatnie naleśniki. Jak by nie patrzeć: ostatni tydzień właśnie mija.
Wczoraj była niedziela. Ta ostatnia niedziela. W 2008 roku mieliśmy tradycję przygotowywania i wspólnego jedzenia niedzielnych obiadków. Po powrocie do kraju Maćka ta tradycja się urwała. Ale tak nie do końca, bo ostatnio wystąpiła w innej postaci. W sobotę Ishu - nasz rozśpiewany współlokator - przygotował nam tradycyjny nepalski obiad. Chyba 3 godziny spędził w kuchni. Przyrządził kurczaka w jakimś ich specjalnym sosie. Kupił też kurczaka z rożna, bo mówi, że w jego kraju też to często jedzą. Były też ziemniaki z czymś tam. I ryż, o którym sobie przypomniał już po obiedzie. O winie, piwie i chipsach już nie wspominam. Bardzo miło spędziliśmy ten czas. Cultural experience. Jak się pojedzie na Erasmusa, to od kuchni można poznać kulturę innych krajów.

wtorek, 13 stycznia 2009

Zwarte Piet i Sinterklaas

Chociaż już zakończyłem swoją przygodę w Gent, zostało mi jeszcze kilka tematów, które chcę na blogu opisać. Do Gandawy wracam myślami, dzisiaj razem z Wami przeniosę się w czasie aż do 6. grudnia.

Święty Mikołaj w Belgii odwiedza co roku nie tylko dzieci, ale i pracowników laboratorium w UZ Gent. Tym razem nie było inaczej. Brodaty biskup - Sint Nicolaus przybył w towarzystwie Zwarte Piet [czyt. Szwate Pit]. Czarny Piotr jest pomocnikiem Świętego. Nosi duży zgrzebny worek i karze niegrzeczne dzieci. Karci je bardziej dotkliwie niż w Polsce. Po pr
ostu wrzuca je do worka i zabiera ze sobą w dalszą podróż. Na szczęście w szpitalu obyło się bez kar. Wszyscy dostali prezenty od Świętego Mikołaja i barwne całusy od Zwarte Piet'a. Zobaczcie sami.

Zdjęcia dzięki uprzejmości pomocnika Zwarte Piet'a

zobaczyć Smerfów las

O osobliwym symbolu Brukseli pisałem już wcześniej, dlatego na temat Manneken Pis będzie tylko to jedno zdjęcie.

W mieście są ciekawsze rzeczy niż statuetka sikającego chłopca. Na dobre przekonałem się o tym w tą sobotę, będąc na kolejnej, a pewnie i ostatniej, wycieczce w stolicy. Pomagająca mi w zwiedzaniu Basia wiele wiedziała na temat miasta, więc teraz ja mogę Wam o nim opowiedzieć:

Rynek, czyli Grand Place. Bardzo ładny. O widocznym na zdjęciu ratuszu krąży legenda, że jego architekt popełnił samobójstwo, gdy zobaczył efekt swojej pracy. Jest to bardziej legenda niż prawda, ale na zdjęciu można zauważyć, co zostało źle zaprojektowane.

Bruksela to miasto komiksów. Wiele takich obrazków można zobaczyć nawet na murach domów. Z tego miasta pochodzi Peyo – autor Smurfów.

Księżna Matylda – żona Filipa, który w przyszłości będzie królem Belgii jest z pochodzenia Polką. Jest córką (urodzonej w Białogardzie) hrabiny A.M.K. Komorowskiej a prawnuczką A.Z.Sapiehy. Sama po Polsku nie mówi i w ogóle w Belgii mało kto wie o jej polskich korzeniach. Uważają ją za typową Belgijkę (jej ojciec jest Flamandem, który mieszkał we francuskojęzycznej Walonii) czyli osobę łączącą oba narody tego kraju. W ogóle ten kraj powstał jako zlepek dwóch narodów w 1830 roku. Podziały są widoczne do tej pory. Bogata północ chce się oddzielić od biedniejszego południa. Tak podział w samym sercu Unii Europejskiej źle by jej wróżył.

To, że ten mały kraj miał swoją wielką kolonię – Kongo – wiedziałem wcześniej. Dowiedziałem się natomiast, że początkowo była to prywatna własność króla Belgii – Leopolda II. Dopiero po jego śmierci, na początku XX wieku, ten olbrzymi kraj przeszedł w ręce państwa. Stamtąd sprowadzano m.in. kakao. A jak wiadomo, Belgia słynie z czekolady.

Na koniec poszliśmy do muzeum instrumentów muzycznych.



Byłem pod wrażeniem ludzkiej kreatywności w wymyślaniu przedmiotów, które mogą tworzyć muzykę.

czwartek, 8 stycznia 2009

udusiłem gołąbki

czyli kolejny odcinek cyklu pt. „Gotuj z Tobiaszem!”

Się zaczęło od tego, że postanowiłem urozmaicić, uzielenić swoją dietę. Poszedłem kupić sałatę, a później nie wiedziałem, co zrobić z tą kapustą...Dziewczyny podpowiedziały mi te gołąbki. Trochę mi też w tym pomogły – zwłaszcza Gosha /czyt. Hoszka/.
Jak wróciłem dziś do domu na przerwę obiadową, to nie jadłem nic, tylko wyciągnąłem do rozmrażania zakupione dzień wcześniej mięso. Większe przygotowania (zwróćcie uwagę na etymologię słowa „przygotowania”, to słówko idealnie tu pasuje) rozpocząłem po powrocie na dobre do domu. Najpierw szukałem w necie możliwie najprostszego przepisu, na który składniki mógłbym mieć. W końcu znalazłem jeden, do którego wykonania brakowało mi jedynie pieprzu i kostki rosołowej, ale jakoś dałem radę. Wyciąłem głąba i gotowałem główkę aż jej skóra płatami schodziła. Ugotowany ryż (a w gotowaniu ryżu i makaronu jestem całkiem niezły) zmieszałem z tym mięchem, jajkiem, które miało pójść do jutrzejszych naleśników i wszystkimi przyprawami jakie znalazłem. No i wtedy się dowiedziałem, że termiczna obróbka gołąbków (tytułowe duszenie) będzie trwała przynajmniej godzinę. A jak już mówiłem na lunch nic nie jadłem. No nic, dla dobra kulinarnej sztuki, poświęcę się.
Jeszcze przed tym duszeniem odbyło się najtrudniejsze zajęcie, czyli zawijanie mixu ryżowo-mięsno-jajeczno-przyprawowego w liście kapusty. Ulepić takiego gołąbka, to jest prawdziwa sztuka! Potem tylko ułożenie ich w garnku (takie elastyczne, trójwymiarowe puzzle) i godzina cierpliwości.
Po godzinie wróciłem do kuchni. Nie, nie przypaliły się. Spróbowałem i... pomyślałem, że z jakimś dobrym sosem to by to dało radę zjeść. Dałem radę i bez sosu. Sos można dorobić przy następnej okazji bo nalepiłem ich tyle, że starczy na jeszcze jakiś czas.
Nawet nie były takie złe. Ale na kolację wolałem już zjeść coś innego. Tyle, że byłem dziś tak zajęty przygotowaniem obiadu, że wyleciało mi z głowy pójście do piekarni po chleb. Schodząc do kuchni myślałem, co by tu można zjeść, jak się nie ma chleba. Właściwie, to była tylko jedna opcja. No zgadnijcie jaka. :)
Tak, gołąbki...

środa, 7 stycznia 2009

żeby wyjechać


Często piszę, co się dzieje tutaj, na Erasmusie, ale również istotne jest to, co się działo przed wyjazdem. To nie jest tak, że się po prostu wsiada i jedzie - załatwianie formalności trzeba rozpocząć jakieś pół roku wcześniej.
Planowałem wyjazd na Erasmusa chyba jeszcze zanim zacząłem swoją "przygodę" z Polibudą. Bracia wyjeżdżali, więc tą wymianę traktowałem jako normalną część studiów. Bardzo realnie o tym pomyślałem 2 lata temu, ale trochę za późno się wziąłem za szukanie profesora, który mnie zechce gdzieś wysłać. I teraz uwaga: mimo, że za początek załatwiania Erasmusa przyjmuje się spotkanie informacyjne na początku marca, może się okazać, że wtedy jest już na to zbyt późno! Najważniejsze jest znalezienie profesora (lub doktora, mniejsza z tym), który ma kontakty z zagraniczną uczelnią i który będzie chciał nas tam wysłać! Lista współpracujących z PWr. zagranicznych uczelni jest dostępna u koordynatorów wydziałowych, ale musicie pamiętać, że za tymi kontaktami stoją konkretni ludzie, którzy decydują kogo tam wyślą i to do nich najpierw uderzajcie!
Wiedząc o tym, chyba jeszcze w styczniu zeszłego roku udałem się do mojego obecnego promotora i ustaliłem, że i gdzie pojadę. Potem było czekanie na spotkanie informacyjne a po nim 2 tygodnie na formalne zgłoszenie się na wymianę. Jeszcze w marcu wszyscy chętni zdawaliśmy egzamin z angielskiego, który, obok średniej, może mieć wpływ na decyzję o dostaniu pozwolenia na udział w tym programie. Potem było kolejne spotkanie a po nim załatwianie najważniejszych dokumentów potrzebnych do wyjazdu. Learning Agreement to jest umowa między uczelnią partnerską a naszą. Oprócz tego trzeba złożyć Transcript of Records, czyli pobrany z dziekanatu dokument z wypisanymi wszystkimi kursami jakie ukończyłem oraz zgodę dziekana na wyjazd. Jak się złoży te dokumenty, to trzeba jeszcze załatwić parę rzeczy, ale zorientujecie się o wszystkim jak już będzie aplikować na wyjazd. Nie chce mi się już pisać o ubezpieczeniach, kursie językowym, koncie walutowym itd. Będzie o tym mówione na spotkaniach, będzie o tym pisało w necie. Zresztą, jakbyście czegoś nie wiedzieli, to pytajcie koordynatorów programu.
Jeszcze słówko o pieniądzach: otóż dla wszystkich krajów była to ta sama kwota. Stypendium, na szczęście, zostało podniesione o 15 euro tygodniowo, ale nie jest to suma za którą można przeżyć cały pobyt za granicą. Stypendium traktowane jest jako dofinansowanie: łącznie z tym co się wydaje średnio na życie we Wrocławiu, powinno starczyć.
Dodam jeszcze, że pod koniec wakacji, czyli na parę tygodni przed przyjazdem do Belgii, kiedy myślałem, że już wszystko dawno temu zostało załatwione, dostałem maile, że oni w Belgii nie mają dokumentów, które im dawno temu wysłałem. Trochę stresu, ale jakoś wszystko się pomyślnie rozwiązało. Jak opowiadałem jednej znajomej o tym zaginięciu dokumentów, to bez zdziwienia odparła: "zawsze tak jest". Trudności związane z załatwianiem Erasmusa mogą się pojawić, ale nie jest to powód, dla którego powinno się rezygnować z tego wyjazdu. Bo naprawdę warto wziąć w tym udział!

Na zdjęciu: kwiaty pod pomnikiem Erazma z Rotterdamu.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

co ja tu robiłem przed Sylwestrem


Jestem w Belgii już od tygodnia. Nie przyleciałem samolotem (cieszyłem się, że nie wracam Ryanairem), ale razem z grupą pielgrzymów przybyłem do Brukseli już tydzień temu. Prosto na Europejskie Spotkanie Młodych Taizé .
Kilka słów wyjaśnienia o co chodzi w tym spotkaniu. We francuskiej wiosce Taizé żyje wspólnota braci: należą do niej zarówno katolicy jak i protestanci. Bardziej życiem niż słowem głoszą pojednanie chrześcijan. Do tej wioski przyjeżdża wielu młodych ludzi z różnych krajów – w wakacje jest to jakieś 5 tysięcy tygodniowo. Po to, żeby się spotkać, ale też wyciszyć, bo modlitwa jest tam istotnym elementem. Wspólnota ta m.in. organizuje Spotkania Młodych w różnych miastach Europy. Ja z tej okazji byłem już w Paryżu, Hamburgu, Mediolanie, Genewie no i teraz w Brukseli. Następne Spotkanie będzie w Poznaniu. Tym razem przyjechało na nie 40 tysięcy osób. Dla tak niereligijnego kraju, jakim jest Belgia, 40 tysięcy młodych, wierzących osób, to duża liczba. Nawet jeśli spora część przyjechała tu tylko na zwiedzanie, to ten „zastrzyk duchowości” był wciąż dosyć duży. To dobrze.
Spotkanie to nie tylko rozmowy z ludźmi z innych krajów, wspólna modlitwa i zwiedzanie miasta. Szalenie ważnym elementem jest kontakt z rodziną, u której się przez ten czas mieszka. Prościej byłoby zorganizować miejsca zbiorowego noclegu, ale właśnie o to spotkanie pielgrzymów z miejscowymi chodzi. Nam (mi i 7 znajomym z DA) trafiła się bardzo gościnna, włoska rodzina. Mają wielki dom, ten pan w Komisji Europejskiej pracował. Było bardzo sympatycznie i często śmiesznie. Czasem się zastanawialiśmy, czy się za bardzo nie wygłupiamy, ale gdy gospodarz wyjaśniając słowo ‘ancestor’ (przodek), zaczął udawać małpę, wyrzuty sumienia nas opuściły.

Subiektywna mapa