Oj, intensywne były te dni ostateczne czwórki polskich studentów w odległym mieście Gandawą zwanym. Nie było czasu nawet na obejrzenie wszystkich wziętych z Polski filmów, doczytania książek. Trzeba było pozałatwiać wszystkie formalności przed wyjazdem. Trzeba było, jak najbardziej, posunąć pisanie pracy, żeby w domu jak najmniej czasu temu poświęcić. Trzeba też było wygłosić prezentację przed laboratoryjną komisją. Dowiedzieliśmy się o tym na dwa dni przed, ale to może i dobrze, że stres nie był dłuższy niż te dwa dni. Tak więc, bardzo naukowy czas mieliśmy na finiszu, który przeplatany był pożegnalnymi imprezami. Bo najpierw żegnaliśmy się z Polakami z labu. Na tą kolację mieliśmy mule, czyli małże. Poza tym frytki, robione według belgijskiej receptury. Sławek z Moniką przynieśli z labu garnek i frytkownicę (tak, takie rzeczy są w laboratorium).
W ostatni dzień poszliśmy do labu po raz ostatni. Ostatnie (i zarazem pierwsze) wspólne zdjęcie. Ostatnie pożegnanie.
Potem już tylko zdanie mieszkania, pójście z torbami na miejsce odjazdu. Zmokliśmy, bo niebo płakało, gdy wyjeżdżaliśmy.
Bardziej całościowo spojrzę i jakoś podsmumuję ten wyjazd w kolejnej, a pewnie i ostatniej notce.
1 komentarz:
Tobiaszu, aż się łza w oku kręci!;)
Prześlij komentarz