Się zaczęło od tego, że postanowiłem urozmaicić, uzielenić swoją dietę. Poszedłem kupić sałatę, a później nie wiedziałem, co zrobić z tą kapustą...Dziewczyny podpowiedziały mi te gołąbki. Trochę mi też w tym pomogły – zwłaszcza Gosha /czyt. Hoszka/.
Jak wróciłem dziś do domu na przerwę obiadową, to nie jadłem nic, tylko wyciągnąłem do rozmrażania zakupione dzień wcześniej mięso. Większe przygotowania (zwróćcie uwagę na etymologię słowa „przygotowania”, to słówko idealnie tu pasuje) rozpocząłem po powrocie na dobre do domu. Najpierw szukałem w necie możliwie najprostszego przepisu, na który składniki mógłbym mieć. W końcu znalazłem jeden, do którego wykonania brakowało mi jedynie pieprzu i kostki rosołowej, ale jakoś dałem radę. Wyciąłem głąba i gotowałem główkę aż jej skóra płatami schodziła. Ugotowany ryż (a w gotowaniu ryżu i makaronu jestem całkiem niezły) zmieszałem z tym mięchem, jajkiem, które miało pójść do jutrzejszych naleśników i wszystkimi przyprawami jakie znalazłem. No i wtedy się dowiedziałem, że termiczna obróbka gołąbków (tytułowe duszenie) będzie trwała przynajmniej godzinę. A jak już mówiłem na lunch nic nie jadłem. No nic, dla dobra kulinarnej sztuki, poświęcę się.
Jeszcze przed tym duszeniem odbyło się najtrudniejsze zajęcie, czyli zawijanie mixu ryżowo-mięsno-jajeczno-przyprawowego w liście kapusty. Ulepić takiego gołąbka, to jest prawdziwa sztuka! Potem tylko ułożenie ich w garnku (takie elastyczne, trójwymiarowe puzzle) i godzina cierpliwości.
Po godzinie wróciłem do kuchni. Nie, nie przypaliły się. Spróbowałem i... pomyślałem, że z jakimś dobrym sosem to by to dało radę zjeść. Dałem radę i bez sosu. Sos można dorobić przy następnej okazji bo nalepiłem ich tyle, że starczy na jeszcze jakiś czas.
Nawet nie były takie złe. Ale na kolację wolałem już zjeść coś innego. Tyle, że byłem dziś tak zajęty przygotowaniem obiadu, że wyleciało mi z głowy pójście do piekarni po chleb. Schodząc do kuchni myślałem, co by tu można zjeść, jak się nie ma chleba. Właściwie, to była tylko jedna opcja. No zgadnijcie jaka. :)
Tak, gołąbki...
5 komentarze:
Tobiaszu, spodziewamy się zatem "Gotuj z Tobiaszem" po Twoim powrocie?... Tylko- jak to się stało, że zamiast sałaty kupiłeś kapustę?
Właśnie, wytłumacz się Tobiasz, to bardzo ciekawe. Tylko wymyśl coś dobrego, bo nie uwierzymy, że nigdy wcześniej nie widziałeś sałaty...
w sklepie nie było napisane (a jeśli było, to w ich niezrozumiałym języku) czy to jest sałata czy kapusta :)
nie no, oczywiście, wiem czym się różnią te warzywa, tylko akurat nie zastanawiałem się nad tym, robiąc zakupy :)
Słabe, Tobiaszu, słabe wytłumaczenie. Ale niech Ci będzie, mam nadzieję tylko, że to, co zaprzątało Twoje myśli, było przyjemne:)
nastepnym razem zalej sokiem pomidorowym z kartonu, calym litrem i w nim je duz. pycha
:-)
a jeszcze lepiej, zamroz kilka, bedziesz mial na potem jak wrocisz glodny na lunch ;-)
Prześlij komentarz