Wczoraj, w piątek, KaHo zorganizowała dla zagranicznych studentów zwiedzanie miasta z przewodnikiem. W dwie godziny nie da się powiedzieć wszystkiego o mieście z tak bogatą historia jak Gandawa, ale parę rzeczy się wyjaśniło. Na przykład to, dlaczego na kilku słupach namalowane zostały malutkie flagi Polski (ten biało-czerwone symbole ponoć oznaczają drogę do Santiago de Compostela). Albo czemu w jednej dzielnicy miasta malowane są na murach szubienice (długa historia, nie chce mi się pisać).
Najważniejszym celem wycieczki była integracja Erazmusów. Nie mamy wspólnych zajęć i praktycznie nie ma okazji to poznania się, dlatego tego typu inicjatywy są bardzo potrzebne. Godnym wspomnienia jest fakt, że nasza uczelnia zafundowała nam na koniec piwo. Na frytki poszliśmy z własnej inicjatywy. W tym międzynarodowym towarzystwie znalazły się nie tylko osoby z Polski, ale również Słowacji, Irlandii, Hiszpanii, Francji, Albanii, Brazylii, Indii, Nepalu, Malezji, Chin, Etiopii i mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. Wzajemne przenikanie się różnych kultur; ludzi, którzy mają inne zwyczaje i inny styl życia, jest bardzo istotnym i ciekawym aspektem programu Erasmus. Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy, m.in., że Halloween wymyślili Irlandczycy, a nie Amerykanie.
A dzisiaj (sobota) zwiedzania ciąg dalszy. Tym razem nie Gandawa, ale Antwerpia. Też stare i w przeszłości potężne miasto. Obecnie, z resztą, też odgrywa dużą rolę, choćby z powodu portu - drugie pod względem wielkości miasto portowe w Europie. Nie mieliśmy przewodnika, więc zanim trafiliśmy do centrum, zwiedziliśmy inną część miasta. Na swój sposób ciekawą i bardzo wielonarodowościową. Sklepy irańskie, tureckie, brazylijskie, afrykańskie oraz polskie. W ogóle najpierw to oczywiście zobaczyliśmy dworzec. Ponad stuletni, odrestaurowany gmach, na którym perony znajdowały się na 3 albo 4 piętrach. Dotarliśmy w końcu do katedry. Warto było poświęcić na ten cel 2 euro - środku było dużo do zobaczenia.
Na przykład obrazy Rubensa – dopiero będąc tam zdałem sobie sprawę, że ten słynny malarz pochodzi właśnie stąd. Próbowaliśmy potem pójść do jego domu (Rubenshuis), ale już był zamknięty. Co jeszcze? Spacer wzdłuż i pod rzeką Skaldą. Tunel miał ponad pół kilometra. Włoska restauracja, taka restauracja gdzie piliśmy piwo, plac zabaw zrobiony z fragmentów statków (może to nie był plac zabaw, ale my świetnie się bawiliśmy).
W kilku miejscach nas nie było, ale wiemy że w Antwerpii nie byliśmy po raz ostatni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz